• Twitter

    • Kategorie

    • Archiwum

    • Ekosystem

      Subskrypcja RSS Libria.pl na Facebooku Obserwuj na Twitterze

    • Oglądaj wideo Oglądaj zdjęcia Zupa literatu - literatura w szczególe

    Rekomendacja i inne drobne zmiany

    Znak rekomendacji, który spotkacie przy wybranych recenzjach.

    Na wielu blogach poświęconych książkom spotykam się, co oczywiste, z oceną opisową, ale także zauważyłem, że coraz częściej mam do czynienia z oceną punktową. Sam osobiście nie był bym w stanie skorzystać z takowej, bo i też trudno mi jest używać tej samej skali do całkowicie różnych książek. Mówiąc prościej – w stosunku do książki jest to dla mnie mało miarodajna ocena. Nie mniej jednak postanowiłem wprowadzić tzw. rekomendację. Cóż to za twór? Jest to nic innego jak wyróżnienie, swoiste wskazanie czytelnikowi, że będzie mieć do czynienia z dziełem, które nie tylko jest wspaniałe pod względem merytorycznym i formalnym, ale przede wszystkim na długo pozostaje w pamięci. Oczywiście każda „ocena” jest tworem subiektywnym, dlatego też z racji swojej natury, z pewnością nieraz się zdarzy, że gro osób, które czytało daną (lub przeczyta) książkę nie zgodzi się z przyznaną rekomendacją. W katalogu książek obok rekomendowanej pozycji będzie widniała czerwona gwiazdka.

    Kolejna zmiana, trochę mniej znacząca. Wprowadzenie jednolitych tytułów wpisów. Cel? Łatwiejsze wyszukiwanie konkretnych pozycji w ramach blogu oraz ze źródeł zewnętrznych.

    I jeszcze jedno… Jak zauważyliście  w bocznym pasku pojawił się kanał z Twitter’a. Od razu zaznaczam, że nie będzie to róg obfitości pod względem informacji, ot po prostu takie niewielkie mini blogowanie zwracające uwagę na – obok “mojego podwórka” rzecz jasna – to, co się dzieje aktualnie w blogosferze lub niekiedy po prostu polecenie ciekawego i praktycznego rozwiązania/strony.

    Księżyc na wodzie

    Nie raz wspominałem już o mojej fascynacji literaturą amerykańską. Opowiadania też są formą, którą uwielbiam. Owszem, dziś już niewielu się nią posługuję, ale też trzeba radykalnie powiedzieć, że jest to forma trudna do stworzenia, z pewnością o wiele bardziej niż powieść.

    Mort Castle nie jest w naszym kraju znany, co skutkuje brakiem jego twórczości w naszych bibliotekach i księgarniach (działa to również w drugą stronę). Faktem jest, że w przypadku powieści, mówiąc delikatnie nie jest płodnym pisarzem, ale w przypadku opowiadań mamy sytuację przeciwną. „Księżyc na wodzie” jest wyselekcjonowanym zbiorem kilkunastu opowiadań z ogromu „krótkich form” jakie powstały ręką znakomitego twórcy literackich horrorów.

    Horror. Gatunek, który większości osób kojarzy się z bardzo schematyczną fabułą, która to z kolei stawia bardziej na rozrywkę, aniżeli na przekazywanie głębszych relacji. To co zaprezentował Castle jest przede wszystkim wręcz rewolucyjnym podejściem do horroru, jako gatunku w którym drzemie potencjał o wiele bardziej refleksyjnego spojrzenia niż nam to się mogło wydawać. Co szalenie nieprawdopodobne, wszystko to dzieje się w granicach konwenansów dotychczasowego dorobku gatunku jakim właśnie jest horror.

    Każde z opowiadań przybliża nam inną historię, których jedynym wspólnym motywem jest śmierć. Niekiedy jest ona bardziej wyeksponowana, a miejscami pojawia się na krótką chwilę, bądź też stanowi pozornie nie istotny element tła. Jak to często bywa u pisarzy pochodzących zza oceanu, Castle niejednokrotnie zwraca się bezpośrednio do czytelnika stawiając mnóstwo sugestii, operując mnóstwem ilości gier słownych i niewiele mniejszą ilością dygresji. Opowiadanie otwierające książkę „Jeśli weźmiesz mnie za rękę, mój synu” przykuwa uwagę niezwykle niespójną formą spowodowaną połączeniem retrospekcji i licznymi opisami „myślowych narracji” bohaterów. To wszystko uwypukla mnóstwo niepewności i niuansów z prostej fabuły całego opowiadania. Podobną formę mają następne dwa opowiadania, także w „Miejsce Hendersona/Dziewczyna o oczach w kolorze lata”, gdzie po raz pierwszy pojawia się śmierć, do której bohaterzy w dużym stopniu zbliżają się za swoją zgodą. Pistolet i zazdrość są kolejnym bohaterami opowiadania „Pistolet z drugiej wojny”. Wydawać by się mogło, że koniec jest jeden, ale jak się później okazuje, nie jest on istotny. Pojawiają się również opowiadania z zaskakującym zwrotem akcji. Jedno z nich „Uzdrawiacze” traktuje o spójności bólu i światopoglądu. W jaki sposób wpływają na rzeczywistość. Proste, ale zaskakujące zakończenie. Biblijny “wątek” „Kasztanowego Jima w Egipcie” to opowiadanie, które już teraz stało się klasyką gatunku, a w sposób dosadny uderza w kilka mitów dotyczących poglądów Amerykanina na pracę uwikłaną w wszelkiego rodzaju uprzedzenia, w tym jakże tkwiącego w narodzie amerykańskim rasizmu. Jest również opowiadanie („Miłość, nienawiść i piękne morze złomu”) poświęcone miłości i konfrontacji tejże z oczekiwaniami i dorosłością. Bardzo wymowne i kontrastowo ujęte spojrzenie. Tytułowe opowiadanie „Księżyc na wodzie” konfrontuje z kolei życie z inspiracjami, w tym przypadku (dla większego oddziaływania) ujętymi w dźwięki jazzowe. Pojawiają się również mniejsze opowiadania, naznaczone bardzo życiową, pozbawioną strachu, przemocy, rzekomo głębszych refleksji fabułą. Tak jest z na przykład z rewelacyjnym „Altenmoor, gdzie tańczą psy”. Śmierć „ubrana” w psychikę dziecka i sugestia, że dla nas dorosłych staję się ona nie do końca zrozumianym elementem, tylko właśnie czego? „Historia Danii” brutalnością najbardziej przypomina klasyczny horror, ale też bardzo mocno uderza swoją puentą. Castle w tym opowiadaniu ewidentnie daje do zrozumienia, jak duży wpływ ma na nasze życie horror. Uwierzcie jest on bardzo skromnie ubrany, ale zmienia nasze dotychczasowe funkcjonowanie. Wszystkie opowiadania, które wymieniłem oczywiście nie wyczerpują całego zbioru, ale każde z nich z całą stanowczością jest godne polecenia.

    Oddzielny akapit postanowiłem poświęcić ostatniemu opowiadaniu pt. „Stary człowiek i zmarli”. Nie wiem ilu z was zauważyło, bądź zauważy (a może mi się tylko tak zdaję?), że jest to nic innego jak hołd złożony, tutaj ostrzegam, że będę bardzo subiektywny, jednemu z największych i najwybitniejszych pisarzy amerykańskich – tak, tak – ukłon i niesamowity szacunek dla Hemingway’a. Tym opowiadaniem Castle pokazał swoje mistrzostwo i najzwyklejszy, ale budzący zazdrość, talent.

    I tak właściwie należało by dodać kolejny motyw przewodni tych wszystkich opowiadań. To nic innego jak człowiek. Uwikłany w skrajne emocje, geniusz, chłodną kalkulację czy szarą rzeczywistość. Nakreślenie niesamowitych portretów psychologicznych, umiejscowienie ich w ściśle określonych sytuacjach, wydarzeniach a dodatkowo „spięcie” ich w konwencji horroru jest sztuką niesamowitą, ale też cholernie pouczającą. Sam osobiście gwarantuje Wam to autor, a ja mogę się tylko dołączyć do słów uznania względem powyższego zbioru opowiadań i oczywiście samego Castle’a.

    Nie, nie napiszę, że jest to książka, którą warto przeczytać… jest to dzieło naprawdę wybitne… a mnie osobiście także utwierdzające w tezie o „wielkości” amerykańskiej literatury (choć o tym wiem już od dawna :) ).

    ZOBACZ OKŁADKĘ

    autor: Mort Castle
    tytuł: Księżyc na wodzie
    tytuł oryginału: Moon on the Water
    język oryginału: angielski
    liczba stron: 277
    miejsce wydania: Warszawa
    rok wydania: 2008
    oprawa: miękka
    wymiary: 120 x 200 mm
    wydawca: Replika, Wydawnictwo
    ISBN: 978-83-60383-83-4
    seria: -

    „Cóż właściwie można powiedzieć o tej tragedii? To tylko coś, co się po prostu zdarzyło, jedno z takich zdarzeń… i nie ma sposobu, abyście ty, Zygmunt Freud czy Dick Tracy mogli je zrozumieć.
    A zdarzyło się tyle, że nasz zwyczajny facet dostał świra grandę mucho-mucho i zrobił coś niezrozumiałego i okropnego.
    O takich sytuacjach wszyscy staramy się jak najszybciej zapomnieć. Cholera, wszystko kiedyś mija i zostają tylko pourywane wspomnienia. Jednak w tym czasie gdy usiłujemy zapomnieć, oczywiście myślimy o tej sprawie, prawda? Może podlewasz akurat trawnik albo siedzisz w wannie, psiocząc, że dzieci zużyły wcześniej całą gorącą wodę, gdy nagle zadajesz sobie pytanie: „Jezu Chryste, co się działo w tym chorym umyśle, zanim ten człowiek dokonał takiej zbrodni?”. Zaczynasz się wtedy lekko trząść, mając nadzieję, szczerą nadzieję, że nigdy nie ogarną cię myśli podobne do tych, jakie miał tamten, że nigdy nie pojawią się w twojej głowie…”

    Fragment opowiadania „Wiadomość”

    Koralin(k)a

    Zanim przejdę do opisu właściwego, kilka słów wyjaśnień. Wbrew powszechnej opinii recenzentów i czytelników  “Karolina”  ma niewiele wspólnego z “Alicją w krainie…”. Ja osobiście, doszukuje się raczej marketingowych “niuansów” aniżeli faktycznego podobieństwa “Koraliny” do jej starszej “koleżanki”, choć oczywiście nie trzeba być wytrawnym znawcą obydwóch książek, aby odnaleźć wątki wspólne dla obydwóch dziewczynek i ich przygód.

    Historia jakich tysiące. Mała dziewczynka o duszy odkrywcy i wielbiciela wszelakich przygód wprowadza się do nowego domu. Rodzice ? Zapracowani, pochłonięci swoimi obowiązkami ograniczają do minimum kontakt ze swoją córką. Fakt ten nie tylko smuci naszą małą bohaterkę, ale jest też główną przyczyną dla której wraz z Koraliną przemierzymy trochę inny, ale jakże fascynujący świat, który zarówno Karolinie jak i nam pozwoli na pokonanie “nudy”, bo w końcu ile można oglądać telewizji?

    I tak oto przekraczamy tajemnicze drzwi, które otwierają przed nami swój fascynujący świat. Jak można go opisać? Mnóstwo iluzji, niesamowita dawka magii i przede wszystkim niezmiernie duża ilość strachu. Druga matka, drugi ojciec i mnóstwo zwierząt potrafiących rozmawiać z ludźmi. Każda z postaci w “drugim świecie” fascynuje i przeraża.

    Nasza bohaterka rozczarowana postawą swoich prawdziwych rodziców z dużą dozą radości spogląda na nowych, którzy pragną stworzyć swojej “córeczce” idealny dom, pełen ciepła i miłości. Jednak jak się wkrótce okazuje, guziki zamiast oczu drugiej matki nie bez powodu przerażają nie tylko naszą bohaterkę… Zarówno jak i lustra kryją przerażający sekret…

    Koralina wiedziona swoją ciekawością a także pragnieniem spędzania czasu z rodzicami, rozpoczyna podróż po opustoszałej części nowego domu.

    W trakcie wędrówki czekają na nas niesamowite postacie, a przede wszystkim co mnie bardzo uraczyło, niezwykłe  zjawiska. Neil Gaiman przemienił całe otoczenie w magiczną, ale i groźna oraz pełną tajemniczości krainę, gdzie wszystko ożywa, począwszy od książek skończywszy na samym budynku.

    Tradycyjnie nie chciałbym zdradzać Wam samej fabuły, ale przed dzielną Karoliną czeka nie lada wyzwanie. Jak się później okazuje, jej prawdziwi rodzice znikają. Czy zdoła ich odnaleźć? Odsyłam do lektury, natomiast ja sam powiem, że jestem pod wrażeniem tego niewielkiego dzieła, którego zakończenie mimo, iż jest do przewidzenia, to i tak “uderza” swoim klasycznym “morałem baśniowym” (bajkowym?)

    Drodzy czytelnicy odwagi, bo naprawdę warto zanurzyć się w świat Karoliny i zrozumieć rzecz prostą, która przez wielu rodziców jest zapominana. Nie zmienią tego gry wideo i telewizor. Czy pozwolicie,aby Was uwięziło Wasze drugie “ja” z guzikami zamiast oczu?

    Polecam również dorosłym, bo to chyba w dużej mierze historia o nas.

    Koralina stąpała z chrzęstem po betonowej podłodze. Ostra woń była coraz gorsza. Koralina już miała  zawrócić i odejść, gdy ujrzała stopę wystających spod zgniecionych zasłon.
    Odetchnęła głęboko (jej głowa wypełniła woń skwaśniałego wina i zapleśniałego chleba) i odrzuciła wilgotną, przegniłą tkaninę, odsłaniając coś mniej więcej kształtu i wielkości człowieka. W słabym świetle potrzebowała kilkunastu sekund, by to rozpoznać. Istota była blada i napuchnięta niczym pędrak. Miała chude, patykowate ręce i nogi. Obrzmiała, ciastowata twarz była praktycznie pozbawiona rysów. W miejscu oczu istoty widniały dwa wielkie czarne guziki. Koralina jęknęła z odrazą i przerażeniem, i stwór, jakby słysząc ów dźwięk, zaczął wstawać. Karolina stała bez ruchu, przyrośnięta do podłogi.
    Istota obróciła głowę, oczy z czarnych guzików spojrzały wprost na nią. W pozbawionej warg twarzy otwarły się usta, wciąż jeszcze zlepione czymś białym, i głos, który nie przypominał już w ogóle głosu jej ojca, szepnął: – Koralina

    ZOBACZ OKŁADKĘ
    autor: Neil Gaiman
    tytuł: Koralina
    tytuł oryginału: Coraline
    język oryginału: angielski
    liczba stron: 175
    miejsce wydania: Warszawa
    rok wydania: 2009
    oprawa: twarda
    wymiary: 155 x 235 mm
    wydawca: MAG, Wydawnictwo
    ISBN: 978-83-7480-118-8
    seria: -

    i czas na dygresję…

    Nawiasem mówiąc, od dawien dawna wiedziałem, że koty są jednak istotami “magicznymi”.

    - Co czytasz?

    - “Koralinę” – odpowiedziałem

    - A to nie jest książka dla dzieci? – pada pytanie w tonie silnego zdziwienia

    - A i owszem – odpowiadam z uśmiechem

    Tak właśnie moi drodzy musiałem “tłumaczyć się” ;) (wiele razy) ze swojej lektury. Jak się okazuję, dorosły człowiek w świetle opinii wielu nieczytających, nie powinien (albo w domyśle nie przystoi mu) czytać książek dla dzieci. Straszne, ale ja nie odczuwam z tego powodu strachu… ;)

    Wszystkiego dobrego dla mistrzyni !

    Powiem szczerze, że jestem strasznie mile zaskoczony. Naprawdę należą się DUŻE gratulacje Justynie. To co zaprezentowała musi budzić podziw i szacunek. Sam osobiście doskonale wiem jak ciężko w naszym kraju osiągnąć sukces w dyscyplinach indywidualnych, a tym bardziej zimowych.

    O tym, że jest wspaniałym sportowcem, szeroka publiczność dowiedziała się dzisiaj, a mnie osobiście imponuje również jako zwykła osoba. Ambitna, skromna, pewna siebie. Podobno lubi spędzać swój nieliczny czas przy dobrej książce. Cóż można jeszcze powiedzieć? Życzyć tylko dalszych sukcesów, chociaż zdaję sobie sprawę, że w naszym kraju sukces jest wielokrotnie czymś, co można nazwać “ciężarem”. Nawet już nie chodzi mi o aspekty psychologiczne, jak presja czy oczekiwanie, ale chyba teraz przed nią najgorsze w postaci takiego “polskiego piekiełka”.

    Ja naprawdę nie wiem co mam sądzić o tych wszystkich komentarzach. Ja tak się naczytam (staram się jak najmniej) to naprawdę wychodzi na to, że internauci to jakaś mówiąc delikatnie, kompletnie nieuformowana masa. Czy, aby na pewno to nie jest przedsionek do wspomnianego “polskiego piekiełka”?

    Dużo osób dziękuję Justynie, a ona skromnie sugeruje, że należą się podziękowania dla całej ekipy. To jest naprawdę postawa godna mistrzyni i jakkolwiek potoczy się jej dalsza kariera ten tytuł należy się jej nawet, jeśli nie udałoby się zdobyć Pucharu Świata. Jeszcze raz gratuluje i cóż? Cieszę się wraz z nią.

    Na tropie tajemnic tym razem filmowo

    Zastanawiałem dlaczego Harris nadał swojemu dziełu taki a nie inny tytuł (zestawiając go oczywiście z treścią), ale jak widać przy okazji filmu rzecz ma się podobnie.

    Budżet niewielki, scenariusz znakomity, który w tym przypadku wcale dużo nie musiał kosztować, dlatego też i filmowi nie można nic zarzucić. Produkcją zajęła się telewizja BBC. Sam film został podzielony na pięć odcinków, czyli całościowo mamy do czynienia nie tylko z dobrym, ale i z długim obrazem.

    Nie mam zamiaru, z uwagi na widza, wchodzić w szczegóły fabuły. Ona sama jest naprawdę wierną kopią książki. Twórcy filmu postarali się i dobrali aktorów potrafiących bardzo dobrze zagrać swoich odpowiedników literackich. Po raz kolejny muszę pochwalić Daniela Craig’a. Nie byłem do niego przekonany, ale każdy kolejny jego film utwierdza mnie w przekonaniu, że jest bardzo dobrym aktorem. Zresztą w tym filmie mamy do czynienia z Craig’em, którego jeszcze niewiele osób znało (rok 2004, czyli jeszcze przed Bondem). Niesamowitą postać stworzyła również rosyjska aktorka Yekaterina Rednikova grająca Zinajdę. Rzekomo emocjonalny chłód, silny temperament, uroda (w cudzysłowie oczywiście), małomówność. Wszystko to połączone zostało perfekcyjnie, za co osobiście, uważam, że aktorce należy się uznanie. Tak nawiasem mówiąc, jak się później przekonałem oglądając “za kulisami filmu”, w rzeczywistości Yekaterina to bardzo pogodna i roześmiana dziewczyna.

    Fabuła, tak samo jak w przypadku książki, “płynie” swoim tempem, a obrazy, które sa nam serwowane pozwalają na uważne śledzenie wszystkich wątków a także co godne uwagi podziwianie krajobrazów, które mimo, iż w większości nie były kręcone w miejscach, gdzie toczyła się akcja książki to i tak oddają ich klimat i piękno. Właściwie dwa ostatnie słowa, sprawiają, że mimo nie mając do czynienia z szybką i zaskakującą akcją to i tak film “wciąga” widza.

    Bardzo dobra ekranizacja, świetna gra aktorska, reżyseria na wysokim poziomie. Jestem naprawdę pełen podziwu dla BBC, zdając sobie sprawę z relatywnie niewielkiego budżetu (o którym wspominał reżyser). Nie wiem, czy my kiedyś doczekamy się takiej telewizji publicznej, która będzie produkować tak dobre i tak dalekie od komercji filmy.

    Na płycie DVD dołączono również, to co bardzo lubię – krótki film “za kulisami”, czyli zgodnie z konwencją reżyser, aktorzy, producenci wypowiadają się na temat powstawania i znaczenia samego filmu. Gorąco polecam.

    ZOBACZ OKŁADKĘ
    reżyseria: Jon Jones
    scenariusz: Dick Clement, Ian la Frenais
    tytuł: Archanioł
    tytuł oryginalny: Archangel
    rok produkcji: 2005
    produkcja: Wielka Brytania
    czas trwania: 133 min.
    obsada: Daniel Craig, Yekaterina Rednikova, Gabriel Macht
    dystrybucja: EPELPOL
    gatunek: dramat, obyczajowy, thriller

    Powyższy tekst opublikowano w serwisie Filmaster pod tytułem “Na tropie tajemnic Stalina”.

    Strona 9 z 12« Pierwsza...7891011...Ostatnia »