• Twitter

    • Kategorie

    • Archiwum

    • Ekosystem

      Subskrypcja RSS Libria.pl na Facebooku Obserwuj na Twitterze

    • Oglądaj wideo Oglądaj zdjęcia Zupa literatu - literatura w szczególe

    “Oskar i pani Róża” Eric E. Schmitt

    Przygodę z prozą Erica E. Schmitta rozpocząłem od Teatru Polskiego Radia. Adaptacja “Ewangelii według Piłata”, którą wysłuchałem kilka tygodni temu, sprawiła, że zainteresowałem się książką. W międzyczasie, a ściślej w trakcie czytania “Ewangelii…” na półkach swojego skromnego księgozbioru zupełnie nieoczekiwanie znalazłem niewielką książeczkę o której dzisiaj słów kilka.

    Historia składa się z listów, które mały, ale niezwykle rezolutny Oskarek, śle do samego Pana Boga. Opowiada w nich o swoich “szpitalnych perypetiach”, bo to właśnie szpital stał się jego domem.

    W książce znajdziemy cierpienie, dramatyczne momenty, ale i radość. Wszystko to spojone jest poprzez dziecięcą perspektywę, co też nadaję wydźwięk lekkości nawet bardzo poważnym i przykrym sprawom. Mimo, że w tej opowieści tylko chwilami można spotkać dorosłych to i tak nie da się ukryć, że jest to historia właśnie o nich, czyli po prostu o nas (bądź też lepiej pasowałoby tu określenie “dla nas”). Oskar nie raz podkreśla, że nie chcą bądź też potrafią obcować z cierpieniem, dlatego też ich relacja z Bogiem mieni się jako nić skomplikowanych i niezrozumiałych zależności. Tam gdzie powinna być radość jest smutek… Oskar jednak nie użala się, wie, że dorośli poprzez skupienie się na swoim smutku nie są w stanie go zrozumieć… w przeciwieństwie do Pana Boga i pani Róży…

    Nie jest to oryginalna fabuła, nie ma tutaj wspaniałych portretów psychologicznych. Wszystko jest proste do granic możliwości, czasami wręcz nieznośnie, ale wszystko zmierza ku przesłaniu prostym, ale może trochę zapomnianym… Cierpienie również zbliża i jednoczy sobie ludzi.

    Schmittowi w tej krótkiej formie udało się zawrzeć wiele pytań, ale i też wbrew dotychczasowej twórczości nie stara się na nie znaleźć odpowiedzi. To właśnie sprawia, że jest to jedna z lepszych jego pozycji.

    ZOBACZ OKŁADKĘ

    autor: Eric E. Schmitt
    tytuł: Oskar i pani Róża
    tytuł oryginału: Oscar et la dame rose
    język oryginału: francuski
    liczba stron: 78
    miejsce wydania: Warszawa
    rok wydania: 2006
    oprawa: miękka
    wymiary: 125 x 195 mm
    wydawca: Wydawnictwo Znak
    ISBN: 83-240-0398-3
    seria: -

    “Chata” William P. Young

    Sześć milionów sprzedanych egzemplarzy, dobre opinie czytelników, a z drugiej strony porównanie do pisarstwa Coehlo i delikatnie mówiąc mało pochlebne recenzje krytyków literackich. Czy warto sięgnąć po “Chatę”?

    Odpowiedź nie jest prosta… w przeciwieństwie do historii zawartej w książce. Poznajemy Macka. Szczęśliwego męża i ojca z którym zapewne wielu z nas mogłoby się zidentyfikować. Nie, to nie była sielanka. Nie miał szczęśliwego dzieciństwa, ale wbrew cierpieniu jakiego zaznał od wiecznie pijanego ojca – a właściwie dzięki napotkanym na swojej drodze życiowej – udało mu się szczęśliwie ułożyć swoje bytowanie na ziemi. Jednak wszystko to trwało do czasu… Będąc na biwaku z rodziną, Mack w nagłych okolicznościach traci swoją najmłodsza córkę Missy. Jak się okazuję jedyny trop wskazuje na seryjnego mordercę i jednocześnie prowadzi do tytułowej chaty…

    Mocno się zastanawiałem jak należy odbierać przesłanie zawarte w książce. Na pewno nie jest to lektura dla każdego. Wiele osób podkreśla, że książka ta jest swoista modlitwą. W pewnym sensie przychylam się do tej tezy. Powiem nawet więcej, z perspektywy czasu cała historia Macka wydaję mi się, że ma w sobie ducha “kaznodziejskiego kazania” z dwoma charakterystycznymi cechami – lekkością i brakiem ideologicznego zacietrzewienia. Chociaż oczywiście dla wszystkich którym obca jest forma modlitwy (i szeroko pojęta duchowość) będzie to wyłącznie zbiór komunałów i czysta próba indoktrynacji myśli katolickiej. Dla pozostałych owa “modlitwa” będzie być może przyczynkiem do pogłębienia czy też “przypomnienia” sobie wielu aspektów wiary.

    W moim odczuciu zdecydowanie książkę można podzielić na trzy części. Ostatnią końcową część określę jak pretensjonalną i faktycznie w niektórych sformułowaniach posiada w sobie ducha maniery Coehlo. Co mi się podobało? Pomysłowość świata mającego miejsce w chacie i wyraźne zaakcentowanie w całej historii personalizmu w katolicyzmie oraz liberalizmu, który jest podstawą wiary chrześcijańskiej. W kontekście dzisiejszego prymatu krytyki kościoła instytucjonalnego należą się brawa dla autora za podkreślenie wspomnianych wartości liberalnych. Oczywiście nie zabrakło podczas lektury wielu odniesień filozoficznych, które to są podane w formie o niebo lepszej niż ma to miejsce w przypadku Erica E. Schmitta. Nie są one odkrywcze i może właśnie dlatego podchodzę do całej książki bardzo lekko. Z drugiej jednakże strony, która “modlitwa” jest odkrywcza? Sama jej “natura” ma za zadanie raczej pogłębiać wiarę i to chyba się udało, dlatego tez sądzę, że jest to dobra pozycja dla “wątpiących”, a przede wszystkim dla młodzieży…

    Dobry pomysł, nierówne wykonanie, ale mimo wszystko jestem ciekawy następnej książki Young’a.


    Chata – William P. Young [promo]

    ZOBACZ OKŁADKĘ

    autor: William P. Young
    tytuł: Chata
    tytuł oryginału: The Shack
    język oryginału: angielski
    liczba stron: 280
    miejsce wydania: Warszawa
    rok wydania: 2009
    oprawa: miękka
    wymiary: 125 x 195 mm
    wydawca: Wydawnictwo Nowa Proza
    ISBN: 978-83-7534-056-3
    seria: -

    - I na ile jesteś pewien swojej zdolności odróżniania, co jest dla ciebie naprawdę dobre, a co złe?
    - Szczerze mówiąc, ogarnia mnie uzasadniony gniew, gdy ktoś zagraża „dobru”, na które, moim zdaniem, zasługuję. Ale nie jestem pewien, czy mam jakieś logiczne podstawy do decydowania, co jest naprawdę dobre, a co złe. Mogę jedynie brać pod uwagę, jakie to ma dla mnie skutki. – Umilkł na chwilę, żeby złapać oddech. – Jak widać, zawsze do tej pory kierowałem się egocentryzmem i wyrachowaniem, co nie świadczy o mnie najlepiej. Rzeczy, które początkowo uważałem za dobre, okazywały się destrukcyjne, a inne, które uważałem za złe, okazały się…
    - Więc to ty decydujesz, co jest dobre, a co złe – przerwała mu Sarayu. — Stajesz się sędzią. I żeby jeszcze bardziej skomplikować sprawy, twoje oceny zmieniają się z czasem i zależnie od okoliczności. Co gorsza, takich jak ty są miliony. Więc kiedy twoje dobro i zło ścierają się z dobrem i złem sąsiada, dochodzi do zatargów, a nawet wojen.

    “Portret Doriana Graya” Oscar Wilde

    “Portret…” to z pewnością dzieło bardzo klasyczne w formie. Treść natomiast bez cienia wątpliwości “myślowo” wyprzedzała epokę w której dzieło Wilde’a zostało wydane. Zresztą niewiele jest książek, które pod pozorem fabuły są de facto filozoficznym traktatem o związku sztuki i człowieka, a należy nadmienić, że właśnie cała nieskomplikowana fabuła pozwala zrozumieć całość pogmatwanych relacji.

    Trzy główne postacie, Bazylii i Lord Henry o przeciwstawnych postawach życiowych oraz “rzucony” między nimi tytułowy Dorian Gray, młody i niezwykle urokliwy chłopak, któremu towarzyszymy w trakcie lektury, a który jednocześnie jest punktem wyjścia, i jak się później okazuję, również punktem wyjścia, dla rozważań o sztuce i człowieku.

    Z jednej strony mamy do czynienia z Bazylim, malarzem, dla którego Dorian poprzez swoją urodę i “nieskażoną” osobowość jest inspiracją, natchnieniem artystycznym, a tym samym pozwala mu na spełniane się nie tylko jako artysta, ale także jako człowiek. Z drugiej strony natomiast Lord Henry – cyniczny, straszy człowiek, wyznający zasady libertynizmu, na wskroś przesiąknięty cynizmem i relatywizmem, a jednocześnie przyciągający swoją odmiennością i główną zasadą, który zamyka się w twierdzeniu “korzystania z uciech cielesnych życia”.
    Przyjaźń Doriana z Bazylim, która wyrażała się spokojem i jednocześnie kwitła wraz z każdym portretem Graya jaki powstał ręką idealistycznego i sentymentalnego malarza była swoistą alegorią, prymatu człowieka, jego życia nad ogólnie pojętą sztuką. Bazylii mógł swobodnie dać upust swojej wrażliwości artystycznej, natomiast Dorian uczył się życia obcując ze sztuką m in. poprzez swoje portrety. Cała przyjaźń (niekiedy wręcz fascynacja) zaczęła się zmieniać  wraz z pojawieniem się Lorda.

    Dorian znużony swoim dotychczasowym życiem, a raczej byciem, dał się stopniowo pochłaniać libertyńskiemu patrzeniu uosobionego przez postać Henry’ego, co z niezwykłą szybkością i płynnością przełożyło się na sztukę tworzoną przez Bazylego. Doprowadziło to do powstania tytułowego portretu Doriana Graya. Był to obraz zupełnie inny niż te wszystkie, które powstały przed znajomością młodzieńca z Lordem. Cynizm, fałszywość i brzydota. Oto co Dorian zobaczył w swoim “portretowym odbiciu”, jednak ten sam jakże prawdziwy portret pozwolił mu na utrzymanie tajemnicy swojej młodzieńczej świeżości, przez wiele lat. Nikczemny żywot prowadzony przez Doriana, ku udręce i rozczarowaniu Bazylego oraz nieświadomości zauroczonych nim postaci, doprowadza do wielu skrajnych wydarzeń… dochodzi do morderstw…

    Piękno i wielkość swojej powieści Wilde ukazuję w częstych rozmowach tej trójki, która stają się przyczyną rozpoczęcia wielu dygresji stricte filozoficznych . Oczywiście dużo w niej jest zawartych osobistych poglądów autora, ale trzeba przyznać, że na ówczesne czasy była to nie tylko myśl trudna, ale i bardzo nowoczesna. Nawet obecnie budzi podziw i daje do myślenia.

    Fenomenalne zakończenie, które jest jednocześnie kwintesencją filozofii Wilde’a. Dzisiaj już tylko nieliczni podejmują się spojrzenia na sztukę poprzez pryzmat tezy, że to właśnie życie wbrew pozorom naśladuje sztukę. Być może sam autor swoim życiorysem dał argument, na prawdziwość tej obserwacji. Nie wiem dlaczego, ale w świetle architektury czasów socjalistycznych, te wszystkie szare bloki i wielkie monolity, a w nich nie mniej kolorowe życia, zdają się potwierdzać spostrzeżenia Wilde’a…

    ZOBACZ OKŁADKĘ

    autor: Oscar Wilde
    tytuł: Portret Doriana Graya
    tytuł oryginału: The Picture of Dorian Gray
    język oryginału: angielski
    liczba stron: 176
    miejsce wydania: Warszawa
    rok wydania: 2007
    oprawa: twarda
    wymiary: 150 x 210 mm
    wydawca: Zielona Sowa, Wydawnictwo
    ISBN: 978-83-7623-067-2
    seria: -

    - Widzę, że zauważyłeś. Nie mów nic. Poczekaj, aż usłyszysz, co ci mam do powiedzenia. Dorianie, od chwili, w której cię zobaczyłem, osobowość twoja wywierała na mnie wpływ ogromnie dziwny. Byłem pod twoją władzą: moja dusza, mój umysł, moja siła twórcza. Ty byłeś dla mnie widzialnym ucieleśnieniem nigdy niewidzianego ideału, którego pamięć nawiedza nas, artystów, niby cudowny sen. Ubóstwiałem cię. Byłem zazdrosny o każdego człowieka, z którym mówiłeś. Chciałem cię mieć niepodzielnie dla siebie. Wtedy tylko czułem się szczęśliwy, gdy ty byłeś przy mnie. Gdy odchodziłeś, czułem jeszcze twą obecność w mojej sztuce. Oczywiście, że nigdy cię w to nie wtajemniczałem. Było to niemożliwe. Nie byłbyś mnie zrozumiał. Ja sam zaledwie rozumiałem siebie. Wiedziałem tylko, że stanąłem oko w oko z doskonałością i że świat stał się dla mnie cudowny – nazbyt może cudowny, gdyż w tak szalonym ubóstwieniu mieści się niebezpieczeństwo: zarówno niebezpieczeństwo zachowania nadal tych uczuć, jak też utracenia ich. Mijał tydzień po tygodniu, a ja coraz bardziej się w tobie zatracałem. Potem nastąpiła nowa faza rozwoju. Rysowałem cię jako Parysa w misternej zbroi i jako Adonisa w szacie myśliwskiej z błyszczącym oszczepem. Uwieńczony ciężkim kwieciem lotosu siedziałeś na dziobie łodzi Hadriana, spoglądając na zielone fale Nilu. W greckim gaju pochylałeś się nad cichym strumieniem i w milczącym srebrze wody widziałeś cud własnego oblicza. I wszystko było takie, jaką winna być sztuka: nieświadome, idealne i dalekie.

    Książka w objęciach

    Moje świętowanie jak zwykle zakończy się na kilkunastominutowym czytaniu, a szkoda bo naprawdę z roku na rok pojawia się coraz więcej ciekawych imprez. Niestety, ale praca. EMPiK dzisiaj przeżywa oblężenie. Tysiące rąk, długie kolejki. Zresztą sam osobiście nie omieszkałem skorzystać. Jak tak na spokojnie patrzyłem na to wszystko, to faktycznie nie chciało mi się wierzyć. Dlaczego? Sumarycznie przy “promocji” jedna książka wychodziła o 10 zł taniej. Pytanie  (retoryczne) ile było w tym udziału magii, ile marketingu, a ile czystej ekonomii? Smutne, a zarazem znamienne, że dopiero po “promocji” i obniżce cen, część osób przypomina sobie o książce. EMPiK finansowo dzisiaj wygrał (10 minut w kolejce do kasy), a dla wydawnictw jest to dobra lekcja, jak powinna wyglądać polityka cenowa.

    Co jeszcze? Z bardziej ambitnych działań to wypożyczyłem “Don Kiszota”. To na pewno pozytywny aspekt dzisiejszego dnia. W zamian za różę książka? Cóż bardzo to romantyczne, a realne tylko w kręgach konserwatywnych bibliofilii.

    W mediach praktycznie znikome newsy o dzisiejszym “jubilacie”. Na ustach “zwykłych” ludzi tym bardziej.

    Tak, książka na przełomie lat zmienia się w zastraszającym tempie, oczywiście na dobre i tak spoglądając na te setki metrów regałów trafiła do mnie ta banalna myśl, że żaden internet, ebook czy różne inne super-hiper technologie nie będą w stanie zastąpić książki. To jest jednak coś więcej niż papier… Także jeszcze przed nam setki takich dni i coraz piękniejszych wrażeń…

    Wiem, nie byłem kreatywny, jestem monotematyczny i konserwatywny. “Dziecię boże”, “Obcy” Castle’a i bestsellerowa ;) “Chata”. Swoja drogą Wydawnictwu Literackiemu trzeba złożyć słowa uznania. Wydają niesamowicie piękne książki pod względem edytorskim (kapitalne okładki !) i czasami naprawdę wiem za co wydaję tyle pieniędzy. Zresztą w tym cały urok, że w ich przypadku cena jest adekwatna do wartości książki.

    Najlepszego książko ! ;)

    PS Miało być “obficie” na święta, ale nie mogę zmusić się do naskrobania kilku słów, a kilka książek już za mną… Cały czas ambitnie planuję majowy weekend, ale praca nie daje za wygraną.

    Świątecznie

    Muszę przyznać, że Święta Wielkanocne są dla mnie czasem niezwykle pięknym. Spokój, cisza… i dziwne poczucie, że najważniejsze (bo i też zapewne najbardziej intymne) święta w roku zostały „zepchnięte” na margines przez wielu katolików.

    Zawsze staram się patrzeć w przeszłość i jak co roku skutkuje to zwróceniem uwagi również na przyszłość. Co najważniejsze w tym wszystkim, pojawia się duża doza optymizmu, taka czysta niczym nieskrępowana radości, bez wszelkich uprzedzeń i ideologii.

    Abstrahując od wydatków, sprzątania, czy też braku – ujmując młodzieżowo – „klimatu”, warto chyba wypocząć nie tylko fizycznie, ale też pobyć przez tą chwilę ze sobą, może na krótko cofnąć się o te 2000 lat?… Czas niezwykle pomocny i radosny.

    Mam nadzieje, że Święta Wielkanocne działają równie dobrze i na Was, dlatego też chciałbym złożyć najserdeczniejsze życzenia radosnych i ciepłych chwil spędzonych czy to z rodziną, czy może jak to część z nas preferuje, przy dobrej książce.

    Wszystkiego Dobrego!

    PS. Nie jestem w stanie pojąć dlaczego dzisiejszy dzień, czyli Wielki Piątek, jest dniem pracującym? Od dawna powinien być to dzień wolny od pracy i jestem zdziwiony wszelkimi dyskusjami na ten temat.

    Strona 8 z 12« Pierwsza...678910...Ostatnia »