“Portret…” to z pewnością dzieło bardzo klasyczne w formie. Treść natomiast bez cienia wątpliwości “myślowo” wyprzedzała epokę w której dzieło Wilde’a zostało wydane. Zresztą niewiele jest książek, które pod pozorem fabuły są de facto filozoficznym traktatem o związku sztuki i człowieka, a należy nadmienić, że właśnie cała nieskomplikowana fabuła pozwala zrozumieć całość pogmatwanych relacji.
Trzy główne postacie, Bazylii i Lord Henry o przeciwstawnych postawach życiowych oraz “rzucony” między nimi tytułowy Dorian Gray, młody i niezwykle urokliwy chłopak, któremu towarzyszymy w trakcie lektury, a który jednocześnie jest punktem wyjścia, i jak się później okazuję, również punktem wyjścia, dla rozważań o sztuce i człowieku.
Z jednej strony mamy do czynienia z Bazylim, malarzem, dla którego Dorian poprzez swoją urodę i “nieskażoną” osobowość jest inspiracją, natchnieniem artystycznym, a tym samym pozwala mu na spełniane się nie tylko jako artysta, ale także jako człowiek. Z drugiej strony natomiast Lord Henry – cyniczny, straszy człowiek, wyznający zasady libertynizmu, na wskroś przesiąknięty cynizmem i relatywizmem, a jednocześnie przyciągający swoją odmiennością i główną zasadą, który zamyka się w twierdzeniu “korzystania z uciech cielesnych życia”.
Przyjaźń Doriana z Bazylim, która wyrażała się spokojem i jednocześnie kwitła wraz z każdym portretem Graya jaki powstał ręką idealistycznego i sentymentalnego malarza była swoistą alegorią, prymatu człowieka, jego życia nad ogólnie pojętą sztuką. Bazylii mógł swobodnie dać upust swojej wrażliwości artystycznej, natomiast Dorian uczył się życia obcując ze sztuką m in. poprzez swoje portrety. Cała przyjaźń (niekiedy wręcz fascynacja) zaczęła się zmieniać wraz z pojawieniem się Lorda.
Dorian znużony swoim dotychczasowym życiem, a raczej byciem, dał się stopniowo pochłaniać libertyńskiemu patrzeniu uosobionego przez postać Henry’ego, co z niezwykłą szybkością i płynnością przełożyło się na sztukę tworzoną przez Bazylego. Doprowadziło to do powstania tytułowego portretu Doriana Graya. Był to obraz zupełnie inny niż te wszystkie, które powstały przed znajomością młodzieńca z Lordem. Cynizm, fałszywość i brzydota. Oto co Dorian zobaczył w swoim “portretowym odbiciu”, jednak ten sam jakże prawdziwy portret pozwolił mu na utrzymanie tajemnicy swojej młodzieńczej świeżości, przez wiele lat. Nikczemny żywot prowadzony przez Doriana, ku udręce i rozczarowaniu Bazylego oraz nieświadomości zauroczonych nim postaci, doprowadza do wielu skrajnych wydarzeń… dochodzi do morderstw…
Piękno i wielkość swojej powieści Wilde ukazuję w częstych rozmowach tej trójki, która stają się przyczyną rozpoczęcia wielu dygresji stricte filozoficznych . Oczywiście dużo w niej jest zawartych osobistych poglądów autora, ale trzeba przyznać, że na ówczesne czasy była to nie tylko myśl trudna, ale i bardzo nowoczesna. Nawet obecnie budzi podziw i daje do myślenia.
Fenomenalne zakończenie, które jest jednocześnie kwintesencją filozofii Wilde’a. Dzisiaj już tylko nieliczni podejmują się spojrzenia na sztukę poprzez pryzmat tezy, że to właśnie życie wbrew pozorom naśladuje sztukę. Być może sam autor swoim życiorysem dał argument, na prawdziwość tej obserwacji. Nie wiem dlaczego, ale w świetle architektury czasów socjalistycznych, te wszystkie szare bloki i wielkie monolity, a w nich nie mniej kolorowe życia, zdają się potwierdzać spostrzeżenia Wilde’a…
ZOBACZ OKŁADKĘ
autor: Oscar Wilde
tytuł: Portret Doriana Graya
tytuł oryginału: The Picture of Dorian Gray
język oryginału: angielski
liczba stron: 176
miejsce wydania: Warszawa
rok wydania: 2007
oprawa: twarda
wymiary: 150 x 210 mm
wydawca: Zielona Sowa, Wydawnictwo
ISBN: 978-83-7623-067-2
seria: -
- Widzę, że zauważyłeś. Nie mów nic. Poczekaj, aż usłyszysz, co ci mam do powiedzenia. Dorianie, od chwili, w której cię zobaczyłem, osobowość twoja wywierała na mnie wpływ ogromnie dziwny. Byłem pod twoją władzą: moja dusza, mój umysł, moja siła twórcza. Ty byłeś dla mnie widzialnym ucieleśnieniem nigdy niewidzianego ideału, którego pamięć nawiedza nas, artystów, niby cudowny sen. Ubóstwiałem cię. Byłem zazdrosny o każdego człowieka, z którym mówiłeś. Chciałem cię mieć niepodzielnie dla siebie. Wtedy tylko czułem się szczęśliwy, gdy ty byłeś przy mnie. Gdy odchodziłeś, czułem jeszcze twą obecność w mojej sztuce. Oczywiście, że nigdy cię w to nie wtajemniczałem. Było to niemożliwe. Nie byłbyś mnie zrozumiał. Ja sam zaledwie rozumiałem siebie. Wiedziałem tylko, że stanąłem oko w oko z doskonałością i że świat stał się dla mnie cudowny – nazbyt może cudowny, gdyż w tak szalonym ubóstwieniu mieści się niebezpieczeństwo: zarówno niebezpieczeństwo zachowania nadal tych uczuć, jak też utracenia ich. Mijał tydzień po tygodniu, a ja coraz bardziej się w tobie zatracałem. Potem nastąpiła nowa faza rozwoju. Rysowałem cię jako Parysa w misternej zbroi i jako Adonisa w szacie myśliwskiej z błyszczącym oszczepem. Uwieńczony ciężkim kwieciem lotosu siedziałeś na dziobie łodzi Hadriana, spoglądając na zielone fale Nilu. W greckim gaju pochylałeś się nad cichym strumieniem i w milczącym srebrze wody widziałeś cud własnego oblicza. I wszystko było takie, jaką winna być sztuka: nieświadome, idealne i dalekie.