• Twitter

    • Kategorie

    • Archiwum

    • Ekosystem

      Subskrypcja RSS Libria.pl na Facebooku Obserwuj na Twitterze

    • Oglądaj wideo Oglądaj zdjęcia Zupa literatu - literatura w szczególe

    “Zmierzch” Johan Theorin

    Mankell i Larsson są w tej chwili pisarzami, którzy cieszą się w naszym kraju niezwykle dużą estymą. Niejednokrotnie mówiąc o dobrym kryminale wiele razy przywołuje się ich nazwiska. Jestem przekonany, że niedługo do tych wspaniałych pisarzy dołączy Johan Theorin. Z niekłamana radością chciałbym przedstawić dzisiaj, mówiąc językiem kryminałów, jeden z dowodów utwierdzających mnie w tym przekonaniu.

    Pewnego mglistego dnia kilkuletni chłopiec znika w niewyjaśnionych okolicznościach. Po kilkunastu dniach poszukiwań, wszyscy są przekonani, że dziecko zgubiło drogę w gęstej mgle rozległego alvaretu i utonęło w pobliskiej zatoce. Z tym faktem trudno się pogodzić Julii Davidsson matce pięcioletniego Jensa. Niespodziewanie po dwudziestu latach za sprawą pojawienia się dziecięcego bucika Julia powraca w rodzinne strony.

    W ten oto sposób rozpoczynamy przygodę z intrygą, którą wielką zaletą jest fakt, że została okraszona w bardzo klasyczną skandynawską formę. Theorin zgodnie z regułami gatunku historie prowadzi dwutorowo. Równolegle poznajemy wydarzenia mające miejsce przed zaginięciem chłopca oraz aktualne poczynania bohaterów, którzy podążają tropem znalezionego bucika. Wspólnym elementem tworzącym bardzo specyficzny klimat są opisy rozległych pustkowi północnej Olandii. Bardzo sugestywne i niekiedy tak realistycznie rysowane, że chwilami można ulec wrażeniu o jej istnieniu, co jest niestety nieprawdą.

    Warto również podkreślić, że fabuła “Zmierzchu” nie obfituje w nadmierną ilość zaskakujących zwrotów akcji przez co nabiera bardzo realny wydźwięk. Chwilami Theorin zaskakuje wątkami obyczajowymi, umiejętnie wprowadzając je w płynący bieg wydarzeń, co też w konsekwencji sprawia, że mamy do czynienia z doskonałym i wyrazistym portretem szwedzkiego społeczeństwa.

    Fani skandynawskiego kryminału z pewnością nie zawiodą się. Warto dodać, że słowa uznania dla Theorina złożyła już Szwedzka Akademia Kryminału honorując tą doskonałą powieść tytułem najlepszego debiutu w kategorii “mystery novel”. Jeśli „Zmierzch” nie zdobył serca wszystkich wielbicieli kryminałów to z pewnością zmieni się to za sprawą następnej książki Theorina pt. “Nocna śnieżyca” (ukaże się 3 listopada nakładem wydawnictwa Czarne), utwierdzając tym samym, zarówno wątpiących w talent szwedzkiego pisarza jak i mnie, że należy mu się miejsce wśród tuzów szwedzkiego (i nie tylko) kryminału.

    ZOBACZ OKŁADKĘ

    autor: Johan Theorin
    tytuł: Zmierzch
    tytuł oryginału: Skumtimmen
    język oryginału: szwedzki
    liczba stron: 451
    miejsce wydania: Warszawa
    rok wydania: 2008
    oprawa: miękka
    wymiary: 125 x 195 mm
    wydawca: Wydawnictwo Czarne
    ISBN: 978-83-7536-045-5
    seria: Ze strachem

    “Formuła szczęścia” Stefan Klein

    Nie tak dawno mogliśmy czytać recenzje – w większości przypadków pozytywne – najnowszej książki Stefana Kleina “Czas. Przewodnik użytkownika”. Ja natomiast na przekór trendom postanowiłem sięgnąć po jego poprzednią książkę.

    “Formuła szczęścia”. Tytuł być może trochę mylący, ale to tylko pozory. No właśnie, cóż to jest to szczęście? Z tym pytaniem próbujemy zmierzyć się wraz autorem.

    Zatrzymajcie się na chwilę i spróbujcie odpowiedzieć na pytanie co czyni Was szczęśliwymi? Co dla Was znaczy szczęście? Stefan Klein w swojej gawędzie popularnonaukowej nie dąży do odpowiedzi na to pytanie. Dlaczego? Doskonale zdaje sobie sprawę, że nie będzie w stanie dać jednej satysfakcjonującej odpowiedzi. Czy w ogóle możliwa jest jakaś odpowiedź? Czy istnieje owa formuła? I tak, i nie… Oczywistym jest, że dla jednych szczęściem jest zaznawanie (trwanie w) miłości i przyjaźni, a dla innych proste codzienne rzeczy takie jak jedzenie czy seks. Inni spełniają się w domowym ognisku, a jeszcze inni mają naturę poszukiwacza przygód, samotnika, który odnajduje swoje szczęście w zmierzaniu ku celu. Gdzie leży źródło szczęścia? To jedna z nielicznych odpowiedzi w tej książce. Oczywiście w mózgu.

    Stefan Klein poszukując źródeł szczęścia w dużej mierze opiera się na badaniach naukowych i własnych doświadczeniach, które w sposób niezwykle ciekawy uzupełniają poszukiwania jak i ogólny odbiór książki. Nie stroni od anegdot i odniesień do filozofii (w bardzo przystępnej formie, w postaci delikatnych „wstawek”). Dużo czytamy o pesymizmie, optymizmie, chociaż miejscami ciężko uwierzyć w zaskakujące wyniki tych doświadczeń, szczególnie kiedy to Klein wielokrotnie powołuje się na badania przeprowadzone na szczurach. No tak, troszeczkę to dziwne (czujecie się nie swojo będąc porównywanymi do szczura :) ), ba, nawet zaskakujące jak nasze mózgi są podobne. Co bardziej wnikliwi czytelnicy z zacięciem obserwacyjnym (właściwie refleksyjnym) doskonale zdają sobie sprawę, że szczęście nie jest bytem odrębnym, że jest częścią naszego ja. Szczęście potrafi się pojawić w najbardziej tragicznych momentach naszego życia, ale też nauka daje nam często do zrozumienia, że w “mityczne” poczucie szczęśliwości zależy w dużej mierze od nas samych…

    Optymizm. To słowo wielokrotnie pada w drugiej części książki. Nie, na pewno nie jest to poradnik z cyklu “jak być szczęśliwym”. W zamian dostajemy twarde naukowe (i mniej naukowe) dowody dlaczego warto być optymistą. I co najpiękniejsze w tej książce, to fakt, że mówi się o optymizmie nie jako sposobie na życie, ale jako sposobie na bycie. Tak, tak owe bycie zupełnie nieprzypadkowo zapewne wpływa też na samo życie.

    Fascynująca wędrówka po meandrach ludzkiej psychiki, ujęta w wiele ciekawych i życiowych puent. Zarówno autor jak i ja sam osobiście, Gwarantuje Wam, że w tej wielkiej przygodzie naukowej znajdziecie, obok wielu ciekawostek i informacji, także wiele radości. Piekielnie prosta i piekielnie dobra gawęda, która na nowo pozwoli Wam odkryć wiele nowych i “starych” rzeczy. Część z Was z pewnością inaczej spojrzy na wiele otaczających nas rozmaitych aspektów, które ulatują w codziennej pogoni…

    Na marginesie… Doskonale wiecie, że Amerykanie w swojej konstytucji mają wpisane “prawo do poszukiwania szczęścia”, a moja przewrotna uwaga jest następująca: Czy nie uważacie, że szczęściem jest właśnie możliwością dążenia do niego?

    ZOBACZ OKŁADKĘ

    autor: Stefan Klein
    tytuł: Formuła szczęścia
    tytuł oryginału: Die Glucksformel
    język oryginału: niemiecki
    liczba stron: 297
    miejsce wydania: Warszawa
    rok wydania: 2004
    oprawa: miękka
    wymiary: 145 x 210 mm
    wydawca: Jacek Santorski& Co Agencja Wydawnicza
    ISBN: 83-89763-23-0
    seria: -

    Czasami stajemy się igraszką przyjemnych uczuć. A że radość dopiero co kupionej sukienki nie trwa długo, przy najbliższej okazji dokupujemy sobie do niej klapki Prady. Cóż, akurat była przecena – trudno nie skorzystać z takiej okazji, nawet jeśli były pól numeru za duże. A potem dziwimy się, że grozi nam debet. Co ciekawe, dotyczy to również wielu ludzi, którzy całkiem dobrze zarabiają. Przyjemności są takie ulotne. Na dodatek, aby je sobie zapewnić, zwalczamy przesyt. Po furze frytek nie obędzie się cez słusznej porcji tortu, i w konsekwencji możemy sobie darować zaplanowaną dietę.
    Pragnienia mogą się usamodzielnić. A co się wtedy dzieje – zademonstrował w 1954 roku, w legendarnym już dzisiaj eksperymencie, kanadyjski neurolog James Olds. Wsunął szczurom cienką elektrodę do podwzgórza, owego rejonu w śródmózgowiu wywołującego pożądanie. Następnie podłączył do okienka drut, przy użyciu którego zwierzęta same porażały się niewielkimi ładunkami – stymulując w ten sposób właściwe centrum mózgu. Rezultat przeszedł najśmielsze oczekiwania. Niewiele czasu musiało minąć, aby szczury nie odchodziły od okienka ani na krok. Zapomniały o całym bożym świecie i tylko naciskały dźwignię. Olds zarejestrował do 6000 autostymulacji na godzinę. Ku jego zdumieniu okazało się, że seks juz nie odgrywa dla szczurów żadnej roli, co więcej – nawet nie myślą o jedzeniu i piciu. Ryzykowały życiem za odrobinę szczęścia! Olds wyłączył po kilku dniach stymulator – tylko dzięki temu szczury przeżyły.

    “Ewangelia według Piłata” Eric E. Schmitt

    “Ewangelii literackich” powstało co najmniej kilkadziesiąt. Jedne kontrowersyjne, drugie mniej. Z całą pewnością ewangelię Schmitta można zaliczyć do tej drugiej grupy. Co bardziej obeznani czytelnicy w twórczości francuza zauważyli zapewne , że większą cześć swoich książek opiera o historie biblijne. “Ewangelia według Piłata” jest jedną z jego pierwszych tego rodzaju historii.

    Fabuła jest jak najbardziej oczywista, a mimo wszystko mam wielki problem z tą książką z uwagi na fakt, że jest podzielona na dwie części. W pierwszej śledzimy wydarzenia poprzez myśli i spostrzeżenia samego Jeszui, natomiast w drugiej patrzymy na całe to “zamieszanie” z perspektywy Piłata, który zdradza nam swoje przemyślenia i działania w listach pisanych do brata. Dlaczego mam problem? Nie jestem w stanie połączyć ze sobą tych dwóch części. Jedna i druga według mnie może (powinna) być oddzielną książką, a właściwie posunę się dalej i powiem, że pierwsza część jest dla mnie kompletnie nie zrozumiała i tak naprawdę nie powinna ujrzeć światła dziennego. Schmitt próbował przedstawić Jeszue jako najzwyklejszego człowieka, niestety nie uczynił tego dobrze. Nie potrafił nadać Jeszui realnego rysu psychologicznego, zdaje się on być człowiekiem strachliwym, zupełnie przypadkowym, kompletnie nie potrafiącym odnaleźć się w wydarzeniach, które wokół niego powstawały. Jedyne słowo najdobitniej mówiące o tak kiepskim sportretowaniu Jezusa to sztuczność. Dotyczy to i postaci i nielicznych dialogów. Chwilami ciężko było kontynuować czytanie, ale na szczęście druga część pojawia się na tyle szybko, ratując tym samym całą książkę.

    Spostrzeżenia, przemyślenia, interpretacje Poncjusza Piłata w wielu miejscach potrafią bardzo dobrze oddać relację panujące w ówczesnej Jerozolimie i okolicach. W rozmowach Piłata ze świadkami i uczniami cudów, czynów i śmierci Jueszui Schmiit bardzo dobrze oddał nie tylko zawarty w nich kontekst filozoficzny (religijny), ale także polityczno-społeczny. Racjonalne podejście Prefekta rzymskiego zderza się z tyglem wierzeń, podań, legend i magii całej społeczności nad którą kontrole przyszło mu sprawować. W toku wydarzeń owe racjonalne pełne chłodu, dystansu i logiki postrzeganie świata zderza się z czymś czego sam nie może pojąć, a więc wkrótce siłą rzeczy (natury?) w głowie Piłata pojawia się strach, złość i zagubienie, a na pograniczu tego wszystkiego Schmitt celnie rozprawia na temat esencji wiary i człowieczeństwa. Owszem i tym razem dało się odczuć brak prawdziwych portretów psychologicznych, a i również kompletnie brakowało opisów świata, przyrody, co rzutowało na całościowy klimat i postrzeganie całej historii, ale właśnie to ona dobrze (i jakby nie patrzeć w sposób relatywnie oryginalny) poprowadzona pozwoliła przykryć liczne “mankamenty” prozy Schmitta.

    Schmiit według mojej opinii za bardzo skupia się na możliwie jak najbardziej prostym wyłożeniu „swojej filozofii” kompletnie ignorując inne czynniki, które są niezbędne do zbudowania klimatu, a tym samym nadaniu swoim historiom realnego wydźwięku.

    We wcześniejszym wpisie wspomniałem, że powodem dla którego sięgnąłem po “Ewangelię…” było słuchowisko PR, zresztą bardzo udane. Dlaczego? Po pierwsze skupia się tylko i wyłącznie na listach Piłata, po drugie jest dobrze udźwiękowione, co tworzy klimat, którego brakuje w książce, a po trzecie i najważniejsze opiera się tylko na części tekstu, co jak wspomniałem niedawno, sprawia, że mamy do czynienia z krótszą formą w których Schmiit o wiele lepiej odnajduje się.

    Dla tych, którzy są niepewni co do książki, polecam najpierw posłuchać słuchowiska.

    ZOBACZ OKŁADKĘ

    autor: Eric Emmanuel Schmitt
    tytuł: Ewangelia według Piłata
    tytuł oryginału: L’Evangile selon Pilate
    język oryginału: francuski
    liczba stron: 242
    miejsce wydania: Warszawa
    rok wydania: 2009
    oprawa: miękka
    wymiary: 125 x 195 mm
    wydawca: Wydawnictwo Literackie
    ISBN: 978-83-08-04340-0
    seria: -

    Nie zdając sobie sprawy z tego, co czynię, rzuciłem się na kraty, chwyciłem go przez pręty i zacząłem nim potrząsać z całej siły.
    — Ale nie mnie, rozumiesz, nie mnie! Nie musisz mnie kochać! Nie musisz mi przebaczać! Nie chcę! Nie potrzebuję ciebie!
    — Nie bądź aż tak pyszny. Joszua ciebie kochał.
    Tego już było za wiele. Johanan był w więzieniu, ale mi zagrażał. To on był myśliwym, ja zaś zdobyczą. Wycofałem się w półmrok, aby osłonić się przed tą jego dobrocią niemożliwą do zniesienia.
    — Jesteście szaleńcami! Jesteście wszyscy szaleńcami! Kajfasz ma rację: trzeba wam zabronić myśleć, mówić! Trzeba was pozabijać, wszystkich!
    — Czy pragnąć miłości jest czymś nieprzyzwoitym?
    — Tak. Ja nie chcę twojej miłości. Wolę wybrać sobie tego, kto mnie pokocha. I kogo ja obdarzę miłością. Terytorium zastrzeżone.
    — Masz rację, Piłacie. Co by się z nami stało, gdybyśmy wszyscy się kochali? Pomyśl tylko, Piłacie, co by się z nami stało w świecie przepełnionym miłością? Co by się stało z Piłatem, prefektem Rzymu, który zawdzięcza swoje stanowisko podbojom, nienawiści i pogardzie dla innych? Co by się stało z Kajfaszem, wielkim kapłanem Świątyni, który obrzucając ciebie prezentami, kupił sobie tę funkcję, a swoja władzę oparł na strachu, jaki wokół rozsiewa? Czy w świecie, natchnionym miłością, istnieliby jeszcze Żydzi, Grecy Rzymianie? Czy ludzie dzieliliby się na możnych i słabych na bogatych i biednych, na wolnych i na niewolników? Masz rację, Piłacie, że aż tak się boisz, miłość oznaczałaby ruinę całego twojego świata. Dopiero wśród jego popiołów będziesz mógł ujrzeć Królestwo miłości.
    Czy wyznać ci prawdę, drogi bracie? Nie chcąc słuchać szaleńca, uciekłem.

    Wrocławskie czytanie

    Dzisiejsza pogoda (tak jak początek lata) bardziej przypominała “marcowe klimaty”. Wrocławskie Tanie Książek Czytanie jak co roku swój niewielki namiot umiejscowiło w ścisłym rynku, czyli na placu przy kościele św. Elżbiety. Garstka wydawnictw o przekroju bardzo zróżnicowanym i specyficznym. Wydawnictwo Wektory, AA, Akapit Press, Zakład narodowy im. Ossolińskich, wydawnictwa kartograficzne (EKO-GRAF) i specjalistyczne (wydawnictwa Uniwersytetów Wrocławskiego, Ekonomicznego i Wydawnictwo PWN). Stoiska niewielkie, przestrzeni również, odwiedzających mnóstwo, a zatem jak co roku brak komfortu,. “Typowej” beletrystyki niewiele, w zamian dużo ciekawej literatury faktu. Wybór z uwagi na wspomnianą przestrzeń nie był za duży, ale naprawdę każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Cenowo bez rewelacji. Ogólne wrażenia bardzo pozytywne. Mam nadzieję, że organizatorzy postarają w przyszłości zwiększyć powierzchnie i nie mówię tutaj o większym namiocie, ale o bardziej przystępnym logistycznie miejscu.

    Upatrzyłem sobie dwie pozycje, ale niestety wszystko posypało się jak domek z kart, kiedy to zerknąłem, że owe dwie pozycje kosztowałby mnie 42 zł. Miało być tanio… i było. Do placu na którym znajdował się namiot przylega ulica bardzo mi bliska. Spytacie dlaczego? Otóż na jej końcu mieści się “Tania Książka”, jedno z moich ulubionych miejsc we Wrocławiu. W związku z powyższym oraz z faktem wcielenia w życie planu szukania oszczędności kierunek był tylko jeden… Po 45 minutach w tej kwocie wracałem do domu z czterema pozycjami. Tak nawiasem mówiąc, czy to rano, czy popołudniu w TK wiecznie tłumy ludzi, a mówią, że polskie społeczeństwo nie czyta…

    Na marginesie… w drodze powrotnej zwiedziłem coroczny jarmark świętojański a także wystawę związaną z wydarzeniami sprzed 20 lat. Swoją drogą powiem wam szczerze, że bardzo mi się podobają tego typu wystawy. Z roku na rok jest ich coraz więcej i są coraz ciekawsze. Tutaj duży plus dla włodarzy Wrocławia za jakże fascynujące i edukacyjne walory takich inicjatyw.

    I co ciekawe tuż przed wejściem do środka komunikacji miejskiej natrafiłem na poniższy widok. Takiej pozycji, sądząc po waszych recenzjach nie trzeba reklamować, a tu proszę:

    W mojej jakże skromnej gminie tzw. Dni Gminy. Krzysztof Krawczyk i zespół Feel. Właśnie teraz otaczają mnie ryczące dźwięki wokalisty tego zespołu. Próbowali mnie namówić na wizytę w tejże kulturalnej imprezie, ale oczywiście z moich ust padły dwa słowa: “jutro” i “praca”, a tak poza tym to wiecie jak jest, Feel idealnie pod względem artystycznym pasuje do takich imprez ;).

    Sesja i po sesji (tylko nie pytajcie o wyniki), a więc czas na książkę… także zaczynamy od jutra :).

    Kilka słów, kilka tematów #1

    Jestem i żyję, ostatnio dosyć szybko, a w związku z tym narobiło się trochę zaległości… próbuję zmusić się do napisania kilku notek, a motywacja powinna być, bo przeczytałem kilka naprawdę dobrych pozycji.

    Pogoda za oknem niezbyt wiosenna, nie mniej jednak dla mnie jest idealna do pracy [no właśnie a tam dalej ten kryzys, a wraz z nim niewymierne i wymierne skutki… niestety] i czytania. Właściwie postanowiłem sobie, że do ogarnięcia tego wszystkiego zapędzę “Google’owski kalendarz”. Czas najwyższy [sic!]…

    Musicie mnie motywować, bo jakoś ostatnio brakuję mi osób, które byłby w stanie skutecznie mobilizować… a i czas na uruchomienie planu oszczędzania, oczywiście z wiadomych powodów…

    Ambitnie też postawiłem na rozrywkę i powiedziałem sobie, że cztery filmy miesięcznie to obowiązek, także trochę o nich poczytacie, powiem, a właściwie zapowiem, że najbliższy rok kłania się pod znakiem westernów, które zawsze mogą liczyć na moją sympatię.

    Ostatnio w blogosferze (tej mojej) dużo o Twitterze. Swego czasu próbowałem Blipa (polski odpowiednik), ale trudno mi się było przekonać do “mikro-blogowania”, nie znalazłem w tym żadnej wartości, chociaż z drugiej strony nie dziwię się, bo w Blipie 70% informacji miało “wartość” typu “jem obiad”. Nie chętnie też spoglądałem po tych doświadczeniach na Twittera, ale na przestrzeni czasu zmieniłem zdanie. Na pewno jest to “inna jakość” wraz z którą dostrzegłem pewne zalety takiego blogowania. Dużo wpisów danego użytkownika dotyczy tematów, które porusza na co dzień w swoim “kawałku sieci”, dodatkowo są one najczęściej opatrzone linkiem, co dla mnie jest po prostu szybką możliwością na zapoznanie się z opisywanym tematem, który nie rzadko jest wiodącym tematem rozmów w Internecie (ot choćby w chwili obecnej “sprawa Kataryny”, Google Wave). Nie wiem, ale takie “zwracanie uwagi” na różne ciekawostki, wpisy (i wiele innych rzeczy) jest w moim przekonaniu o wiele lepsze od działania stron typu wykop.pl itp. Wymiana kurtuazji też jest sympatyczna (w granicach umiaru) i jedynie czego nie jestem w stanie znieść to podejście użytkowników, którzy traktują Twittera jak narzędzie do czatowania. To znaczy prowadzą “namiętną” i długą konwersację, która de facto w większości przypadków “zaśmieca” mój (i wszystkich, którzy obserwują ich) kanał informacji. Z tego powodu staram się unikać dodawania do swojej listy osób, które w nadmiarze produkują “updates”. Generalnie bardzo sympatyczne narzędzie i dopiero teraz pojmuję przyczyny tak dużego sukcesu tego serwisu. Oczywiście zachęcam wszystkich, którzy czują się na siłach do skorzystania z Twittera, bo naprawdę warto.

    I jeszcze jeden (może dwa) akapit o komputerach. Od pewnego czasu głośno jest o kolejnym Windowsie oznaczonym numerem siedem. Wersja testową Microsoft udostępnił dla wszystkich, więc postanowiłem skorzystać i zainstalowałem ją na netbooku (dla niewtajemniczonych, mały mobilny laptop z 10” ekranem i obliczeniowo mało wydajnymi podzespołami). Moje pierwsze wrażenia, wbrew moim przewidywaniom są naprawdę pozytywne. MSI Wind U100 z 2 GB RAM-u doskonale czuję się z nowym Windowsem. Po pierwsze, nie musiałem instalować żadnych sterowników, wszystko było już przygotowane. Właściwe brakowało tylko programu do zarządzania klawiszami funkcyjnymi i byłem bardzo zdziwiony, kiedy napisany pod Windowsa XP program bezproblemowo zadziałał w “siódemce”. Od tej strony naprawdę duże gratulacje. Zero konfliktów, zero instalowania, szukania sterowników i tym podobnych rzeczy. Sprzęt gotowy do użytkowania. Samo działanie systemu jest o wiele szybsze niż ma to miejsce z dedykowanym dla tych komputerów Windowsem XP. Nawet przy włączonych wszystkich “wodotryskach” interfejsu Areo system reaguję szybko i bez znaczących opóźnień. Po ich wyłączeniu, cóż… jest tak, jak być powinno, czyli szybko i sprawnie. Na netbooku mam zainstalowanych 40 programów. Wszystkie działają bez błędów, a większość z nich działa o wiele szybciej niż w poprzednim systemie (dotyczy to szczególnie programów opartych na bibliotekach .NET). Właściwe nie napotkałem żadnych znaczących nie udogodnień czy błędów zarówno podczas instalacji (tylko 40 minut !) jak i samego użytkowania. Sam bulid 7100 jest wyjątkowo stabilny. Jestem tak niezwykle miło zaskoczony, że właściwie Windows 7 zagościł już w moim netbooku na stałe. Niesamowicie dobrze potrafią się zrozumieć, co w konsekwencji przekłada się na moją przyjemniejszą i wydajniejsza pracę i nie ma zamiaru takiego stanu rzeczy zmieniać.

    Zapytacie mnie pewnie o samego Windowsa, a więc krótko… Od strony użytkownika stawiającego na prostotę i użyteczność (czyli mnie) nie ma tutaj jakiś rewolucji w codziennym użytkowaniu. Wszystkie opcje, które są dostępne w “XP-ku” i “Viście” w “siódemce” również mają miejsce (tyle tylko, że troszeczkę inaczej poukładane) i w miarę możliwości są trochę bardziej rozbudowane. Jest kilka ciekawych “trików” usprawniających działanie, ale bez większych przełomów. Generalnie wiele osób mówi, że “siódemka” jest poprawioną “Vistą” i tutaj muszę się zgodzić. “Vista” wbrew powszechnej krytyce nie była złym systemem i jedynie co mnie w niej denerwowało to wolna reakcja na polecenia użytkownika, co z kolei stworzyło mit mówiący o tym, że Vista jest bardzo wolnym system. Fakt kopiowanie plików w “Viście” jest straszne, opóźniona reakcja również, ale generalnie nie jest aż tak źle, choć oczywiście poprawienie właśnie tych dwóch rzeczy sprawia, że Windows 7 mieni się o wiele lepiej w codziennym użytkowaniu. Tak czy inaczej według mnie “siódemka” nie wnosi wiele nowości, po prostu tylko usprawnia pewne rzeczy, co nie zmienia mojej pozytywnej opinii na temat tego systemu. Drodzy czytelnicy, jeżeli stoicie przed wyborem zmiany systemu, w moim przekonaniu poczekajcie na finalną wersję “siódemki”, która już niedługo ma się oficjalnie pojawić…

    Trochę się rozpisałem… i jeszcze jedno. Ostatnio coraz więcej pojawia się uwag krytycznych względem netbooków. Cóż, jeśli miałbym do wyboru takie maleństwo i super “wypasioną” komórkę… jestem za tym pierwszym. Wszystkich, którzy tak żywiołowo krytykują tego typu sprzęt zachęcam do zapoznania się z dowolnym przedstawicielem tejże gałęzi laptopów w praktyce.

    I już naprawdę ostatni… Od sierpnia postanowiłem rozpocząć przygodę z fantastyką… Spokojnej niedzieli życzę…

    Strona 7 z 12« Pierwsza...5678910...Ostatnia »