• Twitter

    • Kategorie

    • Archiwum

    • Ekosystem

      Subskrypcja RSS Libria.pl na Facebooku Obserwuj na Twitterze

    • Oglądaj wideo Oglądaj zdjęcia Zupa literatu - literatura w szczególe

    “Austerlitz” W. G. Sebald

    Jedną z czekających w salle des pas perdus osób był Austerlitz, wówczas w roku szcześćdziesiątym siódmym, niemal młodzieńczo wyglądający mężczyzna o jasnych, dziwnie sfalowanych włosach, jakie poza tym widziałem tylko u niemieckiego bohatera Zygfryda, w filmie Langa.

    W ten oto sposób narrator opisuje pierwsze spotkanie z Austerlitzem, którego historia życia stanowi kanwę całej opowieści. W toku kolejnych spotkań poznajemy losy człowieka, który podporządkował swoje życie poszukiwaniu tożsamości. Austerlitz rozpoczyna swoją narrację od wspomnień z dzieciństwa. Jak pięcioletnie dziecko, po decyzji rodziców (spowodowanej niepokojem docierających informacji dni przedwojennych), zostaje wysłany w transporcie dziecięcym do Wielkiej Brytanii. Trafia do rodziny walijskiego kaznodziei. Z upływem czasu, już jako młody człowiek dowiaduje się o swoich żydowskich korzeniach, by tym samym po kilku latach, będąc już w pełni dojrzały, rozpocząć wędrówkę śladami swojego dzieciństwa, której celem jest wypełnienie pustki między nielicznym i „zamazanymi” wspomnieniami z dzieciństwa.

    Motywy szukania swoich korzeni, powrotu do wspomnień z przeszłości stanowią stały element krajobrazu powojennej literatury (szczególnie niemieckiej i izraelskiej). Jednak Sebald w sposób wręcz wirtuozerski napełnił wydawać by się mogło wyeksploatowane motywy wręcz niesłychanym ładunkiem emocjonalnym i co zaskakujące, użył formy, która zgodnie ze swoją racjonalną naturą nie jest w stanie oddać ducha tych emocji – stało się jednak inaczej. To co miało rzekomo nie pasować, wręcz spotęgowało cały przekaz. Właśnie w kontekście formy często wspomina się o Sebaldzie, bo to ona w dużej mierze czyni i nadaje jego prozie “wymiar wielkości”, a jednocześnie charakterystyczny i bardzo oryginalny akcent, stając się tym samym znakiem rozpoznawczym. Zresztą sam Sebald miał problemy z umiejscowieniem i nazwaniem swojej twórczości, która łączy w sobie cechy właściwe nie tylko dla prozy, ale również dla eseju i reportażu, a dodatkowo całość spięta jest licznymi zdjęciami ilustrującymi całą opowiadaną historię.

    Tuż obok formy, która współtworzy aurę realizmu, warto wspomnieć o humanizmie. Nie jest on w żadnym względzie poetycki, tak jak ma to miejsce choćby u Exupery’ego, którego humanizm przejawiał się w założeniu, że to człowiek nadaje pewną wymiarowość rzeczom i ludziom. Tutaj jest zupełnie odwrotnie. To otoczenie i miejsca nadają sens człowiekowi i dziejącym się wokół nich wydarzeniom. Sebald w sposób wyrafinowany “ożywił” architekturę fortyfikacji, dworców, w której doszukuję się, podobnie jak Austerlitz, elementów przeszłości, mając nadzieję, że pozwolą one poskładać wszystkie wspomnienia w jedną, spójną i chronologiczną wizję.

    Z któregokolwiek miejsca próbowałem objąć budowlę wzorkiem, nie dawało się rozpoznać żadnego planu, coraz to wyłaniały się nowe wybrzuszenia i zgłębienia, a całość do tego stopnia przerastała moje pojęcie, że ostatecznie nie mogłem jej powiązać z żadną znana sobie formą ludzkiej cywilizacji, nawet z reliktami naszej prehistorii. A im dłużej wbijałem wzrok i im częściej czułem się zmuszony uciekać od niej wzrokiem, tym bardziej robiła się niepojęta. Tu i ówdzie pokryta otwartymi wrzodami, z których wylewał sie żwir, zakrzepłymi wysiękami, przypominającymi złoża guano, i wapiennymi osadami, twierdza była jednym monolitycznym pomiotem brzydoty i ślepej przemocy.

    Wspomnienia – bynajmniej próby ich odtworzenia – dzieciństwa są naturalnym odruchem każdego człowieka. Każdy z nas wielokrotnie wraca pamięcią do okresu swojego dzieciństwa. Nie inaczej próbuje zrobić Austerlitz, który dla pełniejszego zrozumienia faktów z przeszłości, wraca “fizycznie” do miejsc znanych z dzieciństwa – tak silnie powiązanych z wojennymi wydarzeniami. Tym jakże pozornym punktem, Austerlitz wprowadza nas w historię swojej rodziny, warto dodać żydowskiej rodziny, której to scenariusz wojenny napisać mógł tylko jedno zakończenie. Sebald sam nie przeżywszy okrucieństw “zagłady” nie śmiał się podejmować jej bezpośredniego opisania, dlatego też wszystkie wędrówki Austerlitza stanowią, poprzez pewną dwuznaczność, swoistą niepewność czy też niespójne wspomnienia, próbę odtworzenia dalszych losów swojej rodziny. Sebaldowi udaje się to doskonale. Bez sentymentalizmu i chłodnej relacji, nie opisując wprost tragicznych losów żydowskich rodzin (w tym Asuerlitza) “uderza” w czytelnika, pewną atmosferą niepokoju, zagubienia. Czasami jest to tak nieznośne, że ma się ochotę odłożyć książkę na bok, a z drugiej strony pojawia się chęć jak najszybszego jej dokończenia, tak aby mieć ten „niepokój” za sobą (co w konsekwencji nie wydarzy się). Nie inaczej było w moim przypadku. Nie jest to książka, którą można przeczytać w pociągu, komunikacji miejskiej czy na plaży. To „coś”, ta pewna świadomość, stworzona fikcją, jest podana w taki sposób, że szybki powrót do codziennych zajęć wcale nie jest takie łatwe. Każde wspomnienie tej książki powoduje, że od razu udziela się ta, nie tyle niepokojąca, co bardzo osobliwa atmosfera. Nie jest ona ani oskarżająca, ani pouczająca. Stanowi pewien asumpt do przemyśleń, nie tylko odnośnie naszego człowieczeństwa, ale również pewnej przypadkowości i ironii losu.

    Należy się zgodzić z wydawcą i złożyć duże słowa uznania i podziękowania w stronę tłumaczki (p. Małgorzaty Łukasiewicz), która podjęła się przełożyć tak trudne dzieła niemieckiego pisarza. Trud ten nie tylko wyrażał się w wielowymiarowości jego utworów, ale także w bardzo charakterystycznym stylu konstruowania zdań.

    Czy można jeszcze w jakiś sposób przekonać do sięgnięcia po “Austerlitza”? Pozorna pyszność słów zawartych na okładce (“Sebald udowadnia, że literatura jest – dosłownie – niezbędna”, Susan Sontag) okazuję się być niczym innym, jak czystą prawdą. W tym duchu, z którym całkowicie się zgadzam, nie pozostaje mi nic innego, jak sięgnąć po następną książkę tragicznie zmarłego niemieckiego prozaika.

    ZOBACZ OKŁADKĘ

    autor: W. G. Sebald
    tytuł: Austerlitz
    tytuł oryginału: Austerlitz
    język oryginału: niemiecki
    liczba stron: 359
    miejsce wydania: Warszawa
    rok wydania: 2007
    oprawa: twarda
    wymiary: 130 x 200 mm
    wydawca: Wydawnictwo WAB
    ISBN: 978-83-7414-341-7
    seria: -

    Z cyklu “nasz wspaniały internet” #2

    Wyjątkowo szybko po raz kolejny mamy okazje  spotkać się w cyklu “nasz wspaniały internet”. Tym razem nie będzie nic oryginalnego. Stara niezmieniona receptura, czyli kunszt dziennikarstwa, absurdu, a to wszystko pokropione szczyptą “tabloidyzacji”. Voila!

    Pożerała książki, ochroniarza też chciała

    Także moi drodzy – proszę o ostrożność. Cały czas uważnie obserwujecie swoje zachowania i poczynania. Nigdy nie wiadomo, kiedy z pozoru zwyczajne i spokojne bibliofilstwo (czytaj: zamiłowanie do literatury) zamieni się w koszmar rodem z najlepszych horrorów i szwedzkich kryminałów.

    Spamerzy atakują

    Cały czas mam problemy z dostępem do internetu, a z kolei różne boty spamujące – nawiasem mówiąc bardzo inteligentne – wręcz odwrotnie. W drugim półroczu mam u siebie wyjątkowo dużą aktywność spamerów, co przekłada się oczywiście na mnóstwo spamowych komentarzy. Co ciekawe potwierdzają to inni internauci, webmasterzy i oficjalne raporty. Czas już najwyższy zająć się tym problemem, póki jeszcze “niechciane treści” stanowią “tylko” 95% (sic!) wszystkich danych krążących w sieci.  Z czasem może być tylko trudniej. Skądinąd wspaniały wordpressowski Aksimet cały czas skutecznie walczy z botami, ale i tak należałoby codziennie przeglądać regularnie uzupełniane “wysypisko informacji”. Nie ukrywam, że wymaga to czasu. W związku z powyższym pozwoliłem sobie na wprowadzenie dodatkowego zabezpieczenia, które mam nadzieję wyeliminuje problem w 100%.

    System przetestowałem w jedynie słusznych przeglądarkach ;), mianowicie: Firefox, Chrome, Opera. We wszystkich działa bezproblemowo. Nie mniej jednak gdybyście napotkali jakieś przeszkody, błędy, czyli najzwyczajniej w świecie Wasz komentarz nie chciałby się pojawić, to proszę o kontakt na mejla lub poprzez formularz (tak, tam też jest anty-spamowy captcha ;)).

    Wczoraj zapowiadało się na burzę, ale ostatecznie jej nie było. Prądu zresztą również. Strasznie jestem uradowany, zbliża się jesień. Oby tylko obfita w swoją charakterystyczną wspaniałość. Szkoda że wraz z nią ten przeklęty październik z rokiem akademickim ;) Sebald już za chwilę…

    Blogday 2009

    Wybaczcie, tym razem krótko. Miało być “bla, bla, bla”, ale i tak myślę, że wszyscy doskonale sobie zdajecie sprawę co to jest ten “blogday”. Wyjdę z szeroko przyjętej konwencji i powiem w ten sposób. Nie będę typować pięć blogów. Wszystkie w takim samym stopniu zasługują na uwagę. Smuci mnie fakt, że gdy patrzę w “cyferki” to widzę, że mój powiększający się zestaw linków (można też skorzystać z bardziej zaawansowanego narzędzia, czyli delicious i mój profil) nie przykuwa uwagi odwiedzających i jednocześnie dziwię się, bo subiektywnie prezentuje się tam “wartościowa” część, a właściwe wycinek blogosfery. W związku z powyższym mój mały apel: zwracajcie czasami uwagę na linki. Spełniają one konkretną rolę i warto z nich korzystać, a niekiedy nawet pokusić się o małą aktualizację na swoim “poletku internetowym”.

    Szkoda, że tylko w ten jeden dzień roku zestaw linków, który towarzyszy większej części stron internetowych, jest tak chętnie “oblegany”. Nie inaczej jest tym razem. Dowód? 14 wyjść z tamtej okolicy. Cóż, jeszcze raz: zwracajcie uwagę na swoje linki i pozwólcie mi jak i Waszym odwiedzającym na zapoznanie się z jeszcze większą ilością wspaniałych blogów, bo chyba większość czytających ten wpis podziela moją opinię, że blogi są jednym z najbardziej wartościowych zjawisk w internecie.

    Było cudownie

    Powyższe słowa kieruję w stronę zakończonych dzisiaj Mistrzostw Świata w Berlinie. Wszelkie dotychczasowe zmagania sportowe obserwowałem w przeważającej części w internecie, który tym razem “odmówił‚” posłuszeństwa. I w sumie to dobrze. Po raz pierwszy od dwóch lat, miałem przyjemność‡ obejrzeć zmagania sportowców na ekranie telewizora wraz z najlepszym marketingowym odkryciem ostatnich lat czyli “obrazem HD”. Dlaczego był‚o cudownie? Wiele czynników należałoby wymienić‡, a liczbę medali naszej reprezentacji wspomnieć należy jako ostatnią…, ale o tym za chwilę.

    Po pierwsze pogoda. Bardzo udana, i dla kibiców, i dla sportowców. Po drugie miejsce rozgrywek. Niemcy, Berlin. Cóż, jeżeli chodzi o porządek i organizację™, nie ma chyba lepszej na świecie. To było można odczuć, abstrahując od pomyłki, bo tak należy to nazwać, w trakcie przyznawania medali tyczkarkom. I po trzecie i chyba najważniejsze – czystość zmagań„. Nie było kontrowersji zarówno od strony rywalizacji, jak i nielegalnych środków.

    Wspaniałe zawody, piękno sportu i triumf "królowej sportu"

    Wspaniałe zawody, piękno sportu i triumf "królowej sportu"

    Nie było spektakularnych wyników, wspaniałych rekordów, niesamowitych niespodzianek. Przepraszam… nasza pozycja medalowa może być zaskoczeniem. Nie ukrywam jestem wielkim fanem zmagań lekkoatletycznych, niezmiernie miło mi było obserwować rywalizację i emocje sportowców. Dawno już nie pamiętam kiedy tak dużo czasu spędziłem przed telewizorem. Warto, bo rozrywki było co niemiara. Realizatorzy bardzo profesjonalnie podeszli do pracy, komentatorzy też większych wpadek nie zaliczyli.

    Tradycyjnie już moje oko najbardziej cieszyły konkurencje biegowe. Czasy nie były wyśrubowane, kilka małych niespodzianek pojawiło się™. Bolt zgodnie z oczekiwaniem komentatorów i organizatorów dostarczył show na niezwykle wysokim poziomie. Miło zaskoczyła nas Anita Włodarczyk. “Caryca tyczki” podobnie, ale to jest właśnie magia sportu. Dodać należy magia bardzo nieprzewidywalna.

    Wspaniale było obserwować nie tylko samą …rywalizację™, ale też organizację™, kibiców, których naprawdę nie zabrakło. Niezwykle ciekawe były również rytuały samych zawodników w czasie rozgrzewki czy tuż przed startem.

    Lekkoatletyka nie bez powodu nazywana jest królową sportu. Wszelkie inne dyscypliny z “pompatyczną…” i chwytliwe marketingową… piłką …nie mogą się równać. Oczywiście jest to moje osobiste zdanie, ale też duże znaczenie ma tutaj tradycja sięgająca nie tylko antycznych czasów, ale przede wszystkim, tego “specyficznego elementu›” (żeby nie powiedzieć metafizyki) w którym mieści się kwintesencja sportu, rywalizacji, być może pewnego mitu?

    Podobnie jak Grecy i Rzymianie, tak i ja, a i z pewnością …większość tych którzy oglądają… zmagania lekkoatletyczne, obok poszukiwania czysto sportowych emocji, liczą… również na ucztę™ estetyczną. Tak, ja nigdy nie ukrywałem, że te wszystkie sylwetki zarówno kobiece jak i męskie budzą niesamowite wrażenia estetyczne, czyli wartość, która dla Greków była oczywista, a dla nas w dzisiejszych czasach zepchnięta, wręcz mam wrażenie zapomniana, na rzecz rekordów, wyników i wielkich pieniędzy. W powyższym znaczeniu sport (zarówno zawodowy jak i amatorski) nabiera szerszego i głębszego kontekstu. Jeżeli mowa o kontekście, to podziwiając (i jednocześnie uprawiając) lekkoatletykę™, nigdy nie mogłem zrozumieć – i wątpię™ czy to się™ zmieni – kulturystyki.

    Cóż, aby trochę™ “ostudzić emocje” to powiem, że jest mi przykro. Sport jest chyba jedną z najciekawszych… pozycji… w naszej telewizji. Wracając do “naszego sukcesu”, to po pierwsze, nie jest on nasz, bo to Ci indywidualni sportowcy tylko dzięki swojej ciężkiej pracy wywalczyli go sobie. Po drugie cały czas sądzę, że Polacy nigdy nie mieli do czynienia z wielkim sportem i budzi się™ we mnie niesmak kiedy słyszę™ o “wunderteamie” i tym podobnych jakże przepełnionych pychą…, zaściankowością… i “polskością…” słowach. Każdy kto ma do czynienia bliżej ze sportem wie jak było i jest. Tak na marginesie, to zachowanie Majewskiego trąciło trochę™ taką… “polską… butnością”, ale w dużej mierze wpływ na to ma wspomniana “otoczka sukcesu”, przynajmniej ja to tak sobie tłumaczę…

    Tak czy inaczej, należy podziękować wszystkim sportowcom. Naszym reprezentantom również. Dostarczyli wiele niesamowitych chwili i chylę™ czoła przed nimi, jak i przede samą… lekkoatletyką…, która królową… jest i nic tego nie zmieni. Nie sposób jej nie kochać, a Greków z roku na rok coraz bardziej rozumiem. Powiedziałem sobie, że w przyszłości chciałbym chociaż na jeden dzień„ znaleźć się™ na jednym z takich stadionów i mam nadzieję™, że kiedyś ›uda mi się spełnić wspomniane marzenie.

    Strona 5 z 12« Pierwsza...3456710...Ostatnia »