• Twitter

    • Kategorie

    • Archiwum

    • Ekosystem

      Subskrypcja RSS Libria.pl na Facebooku Obserwuj na Twitterze

    • Oglądaj wideo Oglądaj zdjęcia Zupa literatu - literatura w szczególe

    “Firmin” Sam Savage

    Stanowczo za wiele pytań pojawia się po przewróceniu ostatniej strony. Z pozoru błahe, w rzeczywistości niezwykle istotne. Gdzie się podziały zwierzęta? Dlaczego zniknęły z kart powieści? Kilka wieków wstecz cieszyły się dużym uznaniem i pisarzy, i czytelników, dzisiaj goszczą w naszych domach niezmiernie rzadko. Dlaczego obserwacje poczynione przez “mniejszych braci” zostały zdewaluowane na rzecz “ludzkiej” perspektywy? Nie otrzymamy od Firmina jednoznacznych odpowiedzi, ale i co ważniejsze, to co było udziałem tego wątłego szczura, stanie się niezwykle cenną wskazówką, paradoksalnie rzecz ujmując, dotyczącą kondycji nas samych.

    Lata sześćdziesiąte, Boston. W piwnicy antykwariatu na świat przychodzi Firmin. Życie szczura od samego początku nie jest usłane różami, ale to nie przeszkadza naszemu bohaterowi mimo ogromnych przeszkód stać się stworzeniem nietuzinkowym, a przede wszystkim niezwykle miłym i zabawnym. Duża w tym zasługa książek, które towarzyszyły mu przez całe życie.

    Czytelnicy nie zawiodą się. Firmin od pierwszych dni spędzonych w antykwariacie “oprowadza” nas po swoich pierwszych “podróżach książkowych”. W przeciągu kolejnych rozdziałów uświadamiamy sobie jak bardzo niewiele różnimy się od Firmina i to nie tylko w aspekcie czytelniczym. Świadomość ta nie jest obca Firminowi, który nie zważając na ryzyko postanawia zbliżyć się do ludzi, wychodząc na zewnątrz.

    Przez kolejne strony Firmin konfrontuje wszystko to co przeczytał z rzeczywistością jednej z najbiedniejszych dzielnic Bostonu. To zderzenie światów jest niezwykle dramatyczne i zabawne, ale przede wszystkim pouczające. Ciężka walka o pożywienie i przetrwanie splata się z chwilami uniesień. Firmin chce żyć jak człowiek, pragnie z nim współżyć i mimo, że los splata go z losami osób bezdomnych i żyjących w ubóstwie. Firmin nie poddaje się i pragnie czerpać z życia jak najwięcej. Zakochuje się w dziewczynie, choć wie, że nie ma szans. Wzrusza się przy lekturze i nie stroni od filmów pornograficznych wyświetlanych późnym wieczorem w podrzędnym kinie. Mały szczur przekracza granice i choć są to drobne rzeczy, to jednoznacznie daje nam do zrozumienia, że właśnie te małe drobne chwile są często najpiękniejszymi momentami w życiu, z których często nie zdajemy sobie sprawy. Odrzucamy wszystko, co nieznane i inne, a przecież wystarczy odrobinę dystansu by rzeczy i chwile z nabrały „odpowiedniego koloru”.

    Wspaniała przypowieść, 200 stron magii bez moralizatorstwa z niezwykle uroczym przewodnikiem jakim jest Firmin. Warto się z nim wybrać w podróż nie tylko tą literacką. Całkiem możliwe, że niekiedy dowiemy się od niego o wiele więcej niż od nie jednego człowieka.

    Wspaniały styl, niezwykła fabuła (rewelacyjne scena w kinie ze “ślicznotkami” i jeszcze bardziej niezwykła scena z marzeniami sennymi Firmina!), która w moim przekonaniu staje się pozycją, którą wręcz należy znać. Po raz kolejny literatura amerykańska wspięła się na wyżyny literatury przez duże L.

    Osobne słowo należy poświęcić polskiemu wydaniu. Tego typu książki to perełki na naszym rynku wydawniczym. Doskonały layout, okładka i powrót do tradycji “starych książek”, czyli wspaniałych ilustracji! I jeszcze raz, aż do znudzenia, będę powtarzać, że takiej książki nie wypada nie mieć.


    Firmin [Sam Savage] książka

    ZOBACZ OKŁADKĘ
    autor: Sam Savage
    tytuł: Firmin
    tytuł oryginału: Firmin. Adventures of a Metropolitan Lowlife
    język oryginału: angielski
    liczba stron: 204
    miejsce wydania: Warszawa
    rok wydania: 2009
    oprawa: miękka
    wymiary: 125 x 197 mm
    wydawca: Wydawnictwo Literackie
    ISBN: 978-83-08-04314-1
    seria: -

    “Avatar” reż. James Cameron

    Niektórzy, wspominając o najnowszym dziele Camerona, nie szczędzą takich słów i określeń, jak rewolucja, nowy wymiar filmu, dzieło przełomowe. Wystarczy jednak chwila namysłu, aby jednoznacznie stwierdzić, że “Avatar” jest kolejnym krokiem w kinematografii – krokiem w o wiele większym stopniu zależnym od postępu technologicznego niż wartości artystycznej samego filmu, ale po kolei…

    Zarzut dotyczący schematycznej fabuły jest jak najbardziej prawdziwy. Z uwagi na zastosowanie wielokrotnie eksploatowanych motywów w podobnych (i licznych) “hollywoodzkich produkcjach”, film jest bardzo przewidywalny. Osoby, które cenią bardziej warstwę artystyczno-fabularną z pewnością mogły poczuć się zawiedzione. Oczywiście powtórzę stwierdzenie, które wiele razy podkreślano w recenzjach, że Cameron musiał iść na kompromis i to co najmniej z dwóch powodów. Pierwszy to czysta ekonomia. Niebotyczne koszty produkcji muszą się zwrócić, a do tego potrzebny jest sukces komercyjny, którego nie odniesie się bez szerokiego grona odbiorców. Drugi, bardziej prozaiczny to całościowe zrozumienie przekazu. O co chodzi? Przywołam przykład dobrze znanej produkcji z ostatnich lat, czyli “Władcę Pierścieni”. Mnogość wątków, zawiłość fabuły i szczegółowość świata przedstawionego w filmie, prowadziło do częstej sytuacji, w której przeciętny widz nie był w stanie powiązać ze sobą wielu wątków i warstw fabularnych. Odbiło się to w efekcie na mniejszym zrozumieniu całego obrazu. W moim przekonaniu Cameron chciał uniknąć takiej sytuacji, a i zapewne budżet filmu by na to nie pozwolił, bo i tak już długi film musiałby jeszcze zwiększyć swoją objętość czasową. W powyższym kontekście warto wspomnieć, że wspaniale i spokojnie prowadzona narracja w pierwszej części filmu, sprawiła, że w ostatnich minutach filmu nabiera “rozpędu”, doprowadzając do sytuacji w której wiele wątków nie zostaje zakończonych. Zresztą widzowie rzadko wspominają o tych “niedociągnięciach” fabuły, być może dlatego, że ich przyczyną jest właśnie znikomy stopień jej skomplikowania.
    Chciałoby się rzec, że należy przymknąć oko na powyższe mankamenty, ale to określenie jest bardzo niefortunne, tym bardziej, gdy mowa będzie o stronie wizualnej “Avatara”, ale o tym za chwilę, bo jest jeszcze kilka irytujących elementów…

    Być może reżyser liczył na to, że zmysł wzroku poprzez serwowane mu obrazy przyćmi bodźce słuchowe. Niestety, krok ten okazał się kiepskim rozwiązaniem problemu, jakim jest warstwa muzyczna obrazu. Wiele osób twierdzi, że jest przeciętna, a ja mówię z całą stanowczością, że jest to chyba najgorsza strona filmu. Wspaniałe obrazy, delikatnie mówiąc, wymagają więcej niż przeciętnej oprawy muzycznej. Obrazy nacechowane dużą “egzotycznością” potrzebują mieć swoje odbicie w warstwie dźwiękowej. Muzyce ewidentnie brakowało tej “egzotyczności”, a na dodatek pod koniec pogrążała się ona w nieznośnej atmosferze “patosu” (pomijając schematyczność). Oczekiwałem więcej, dostałem tylko jeden utwór godny uwagi i obrazu. To za mało jak na taką produkcję.

    Aktorstwo, a właściwe jego brak też jest zauważalne przez widzów i wytłumaczenie w postaci konstrukcji fabuły i narracji uniemożliwiającej wykreowanie “żywych” bohaterów przyjmuję z niechęcią, bo co tu dużo mówić? Fabuła, fabułą, a dobry aktor i w kiepskim filmie kilkoma słowami jest w stanie wykreować wspaniałą postać. Przykładem na słuszność tej tezy jest postać grana (sic!) przez Zoe Saldane. Niestety, cała reszta to twór bardziej sztuczny niż obecni w filmie tubylcy, a ci z kolei ten fakt zawdzięczają stronie wizualnej filmu o której czas najwyższy “wspomnieć”…

    Powiedziałem wspomnieć? Nie! Odwołuje to! Zanim przejdę do najmocniejszej strony “Avatara”, z całą stanowczością zachęcam Was do obejrzenia tego filmu w kinie i oczywiście w “technice trójwymiarowej”. Żadne najlepsze telewizory (tym bardziej komputery) nie będą w stanie oddać tego, za co obraz Camerona nazwany został “kolejnym krokiem w kinematografii”. To już nie będzie ten sam film, uwierzcie warto…

    Do powstania takich obrazów, oprócz wysokiej klasy sprzętu (na który złośliwi mówią, że Cameron czekał 13 lat) potrzebny jest pomysł. Tego nie zabrakło twórcom. Wspaniały, niebywale kolorowy i różnorodny krajobraz Pandory. Multum form życia, tak mocno egzotycznych i silnie oddziałujących na widza. To wszystko okraszone niesamowitą ilością barw w iście epickim rozmachu. Niezwykła pomysłowość wraz z niebywale realistycznym odwzorowaniem daje nie tylko niesamowity efekt, ale wręcz sprawia, że stajemy się częścią tajemniczego ekosystemu Pandory. Wrażenia estetyczne nieprawdopodobne… I właśnie te dwa aspekty połączone w cudownie wirtuozerskim stylu sprawiły, że “Avatar” stał się częścią historii kina science fiction (i nie tylko) tuż obok takich filmów, jak “Metropolis”, “Odyseja kosmiczna” czy “Blade Runner”.

    Zdaję sobie sprawę, że ostatnie zdania mogą być pompatyczne, szczególnie jeśli uwzględni się wcześniejsze krytyczne słowa. Tylko czy wspomniane filmy nie były pozbawione wad? W każdym z tych filmów brakowało pewnych elementów, a i tak na stałe zapisały się w światowej kinematografii. W “Odysei…” świat przedstawiony pozbawiony był estetycznych walorów, z kolei w “Łowcy…” podobnie jak “Avatarze” brakowało wspaniałych kreacji aktorskich. Z tego wynika jedna banalna konkluzja, że nie ma i nie będzie obrazu perfekcyjnego… I tutaj zmierzam do sedna, gdyż każdy z tych filmów zasługuję na obejrzenie i nie inaczej jest z “Avatarem”, bo przewrotnie ujmując – w całej tej niedoskonałości tkwi niezbywalny urok filmu.

    I JESZCZE DOSŁOWNIE KILKA SŁÓW DYGRESJI…

    po części, aby Was zachęcić. Spodziewałem się “trójwymiarowości”, z którą już wcześniej miałem do czynienia, aż nagle ze zdziwieniem zobaczyłem, że Cameron zaproponował zupełnie inną technikę. Mniej “efekciarską”, bardziej subtelną, co wręcz niewyobrażalnie uzupełniło cały obraz. Koniecznie sami musicie się przekonać? Zobaczyć choćby niesamowity mariaż napisów z obrazem, który chyba w tym filmie jest pionierski.

    Swoją drogą, mało kto wspomina, ale wydaje mi się, że wytwórnie filmowe i kina, dzięki tego typu filmom, mogą odwrócić niekorzystny “trend” i przyciągnąć widzów do kin. Znowu z drugiej strony spodziewam się, że producenci sprzętu audio-wizualnego już w tej chwili przyśpieszają prace nad stworzeniem „trójwymiaru” w domowym zaciszu.

    “AVATAR” REŻ. JAMES CAMERON, DYSTRYBUCJA “IMPERIAL – CINEPIX”, 2009

    Powyższy tekst opublikowano w serwisie Filmaster pod tytułem “Avatar”.

    Filmowo

    Po długiej przerwie spowodowanej (krytycznym) nagromadzeniem zajęć postanowiłem odpocząć przy filmie. A więc repertuar kinowy w rękę i szukamy dobrego filmu… Jak się po chwili okazuje jest to wyjątkowo trudne zadanie. Zanim przejdę do nadrabiania zaległości recenzenckich i czytelniczo-blogowych, właśnie z uwagi na powyższą sytuację, chciałbym dzisiaj wspomnieć o dwóch interesujących filmach, które jak to często u nas bywa premierę będą miały w bliżej nieokreślonej przyszłości.

    Film oczekiwany od wielu miesięcy, którego premierę przesunięto o rok, nie mniej kilka tygodni temu w końcu pojawił się na ekranach kin. Ekranizacja książki nagrodzonej Pulitzerem, bardzo entuzjastycznie przyjętej zarówno przez czytelników jak i krytyków. Z filmem jest podobnie i wiele osób podkreśla jednocześnie, że jest to obraz na miarę książki, która przez wielu została uznana za jedną z najlepszych pozycji ostatnich lat. Recenzja “Drogi” lada moment pojawi się na blogu, zresztą mam nadzieję, że na recenzje filmu nie przyjdzie nam czekać za długo.


    The Road [Cormac McCarthy] – film

    Na marginesie: premiera filmu w Polsce zapowiadana jest na luty/marzec, a każdy kto będzie chciał się zapoznać najpierw z książką, będzie miał okazję, bo Wydawnictwo Literackie szykuje drugie (“filmowe”) wydanie “Drogi”.

    Ostatnio dużo się mówiło o panu Polańskim niestety nie w kontekście filmowym, a szkoda. Na początku przyszłego roku w kinach pojawi się jego kolejne dzieło. Tym razem będzie to ekranizacja najnowszej książki Roberta Harrisa pt. “Ghostwriter”. Thriller polityczny, czyli gatunek w którym Brytyjczyk wyśmienicie się odnajduje, a i oczywiście nazwisko Polańskiego jest wyznacznikiem, że (z bardzo dużą dozą prawdopodobieństwa) będziemy mieć do czynienia z filmem ponad przeciętnym. Zapraszam. Już wkrótce będziecie mogli przeczytać recenzje obydwóch pozycji na blogu. W przypadku książki jest to kwestia wizyty brodatego Pana w czerwonym fraku, a film ujrzy światło dzienne pod koniec lutego. Z uwagi na “naszego” reżysera i mające ostatnio miejsce “medialne show” sądzę, że na polską premierę nie będziemy musieli czekać.


    The Ghost [Robert Harris] – film

    Lśnienie – krótkie spojrzenie

    W końcu doczekaliśmy się. Kilkudniowy poślizg i nowy magazyn poświęcony kulturze grozy pojawił się na półkach. Tematyka, co tu dużo mówić, bardzo niszowa. Zastanawia mnie przyszłość tego czasopisma, które notabene z pewnością skrystalizuje się wraz z kolejnymi wydaniami. Dla mnie osobiście tematyka w dużej mierze obca, dlatego też nie czuję się kompetentny w kwestiach merytorycznych, a fakt dwudziestominutowego obcowania z pierwszym numerem jasno nakreśla charakter niniejszego komentarza.

    Kwestie merytoryczne pominę, bo też trudno je ocenić na podstawie kilku tekstów. Wspomnę o plusach czasopisma. Jakkolwiek ironicznie to zabrzmi, to dużym plusem jest sam fakt powstania takiego czasopisma, znając tym bardziej upodobania Polaków. To czy ono będzie w stanie przetrwać, zależy w głównej mierze od ambicji biznesowych wydawcy i charakteru samego czasopisma.
    Co mnie jeszcze pozytywnie zaskoczyło? W miarę konsekwentna i spójna formuła poszczególnych działów. Szata graficzna również godna pochwały, a i należy wspomnieć również o wysokiej jakości papieru. Dokładamy do tego wszystkiego “konkurencyjną” cenę i chyba w chwili obecnej “Lśnienie” wyznacza standard do którego powinny dążyć pozostałe czasopisma kulturalno-literackie. W powyższym aspekcie nowa pozycja nie może się niczego wstydzić wobec tak uznanych tytułów jak choćby “Nowa fantastyka”. Pozostaje tylko z zaangażowaniem tworzyć merytoryczną stronę czasopisma, a przy stałej liczbie czytelników pismo może odnieść nawet relatywny sukces.

    Czy należę do grupy odbiorców czasopisma? Raczej nie, moje zainteresowania literackie mają z pewnością szerszy przekrój, ale nie wykluczam okazyjnego “zapoznawania się” z co bardziej interesującymi numerami. Zresztą, to nie jest tak, że literatura grozy skazana jest na niszowość i względnie mała wartość literacka, bo choćby dwa nazwiska przeczą tej tezie. Mowa mianowicie o osobistym odkryciu ostatnich miesięcy, czyli prozie p. Castle’a, a i nie wolno zapominać o naszym rodaku, trochę zapomnianym i niedocenionym Stefanie Grabińskim. Nowemu czasopismu życzę jak najlepiej, a nawiasem mówiąc, każdą inicjatywę poświęconą kulturze i literaturze zawsze gorąco wspieram i tym razem nie jest inaczej.

    Ze spraw organizacyjnych, to warto wspomnieć, że coraz lepiej udaję mi się organizować czas, co z pewnością pozwoli mi na regularne pisanie, a jednocześnie gorąco zapraszam na oficjalną stronę blogu w Facebooku.

    Suplement do wiadomości dnia

    Niezmiernie miło, że i tym razem Akademia Szwedzka nie zawiodła. Nie wiem czy to dobry wybór, bo nie miałem styczności z twórczością tegorocznej Noblistki, ale co po niektórzy mogli poczuć się zaskoczeni (tak jak ja). Ciekawy komentarz w Gazecie Wyborczej (tej internetowej), choć ja sam osobiście jestem delikatnie zdystansowany do tych wszystkich peanów, które serwują nam media, co nie oznacza, że nie sięgnę po p. Muller. Podobno tematyka jej książek jest bliska Polakom…

    Na twitterze garść linków związanych z wiadomością dnia, a po cichu zachęcam też do zapoznania się z kolejnym  “wypasionym” wywiadem Ani z Dziennika Literackiego.

    Rozgorzała się na dobre krytyka dotycząca Nagrody Nobla. Nie wiem, chyba nie każdy jest w stanie zrozumieć sens słowa “prestiż” i tradycja (zresztą bardzo silnie powiązanych). Zróbmy 30 dziedzin i jedne wielkie show…

    Tak, wiem. Pusto u mnie na blogu, ale melduję, że mam już kilka przeczytanych pozycji, tylko jakoś ostatnio gościem bywam u siebie w domu, a do tego ten nieszczęsny październik i wspaniały rozkład zajęć. Nie pytajcie o przyszłość, staram się… Sami zauważyliście, że dużo tych “nie wiem”.

    Strona 3 z 121234510...Ostatnia »