Niektórzy, wspominając o najnowszym dziele Camerona, nie szczędzą takich słów i określeń, jak rewolucja, nowy wymiar filmu, dzieło przełomowe. Wystarczy jednak chwila namysłu, aby jednoznacznie stwierdzić, że “Avatar” jest kolejnym krokiem w kinematografii – krokiem w o wiele większym stopniu zależnym od postępu technologicznego niż wartości artystycznej samego filmu, ale po kolei…
Zarzut dotyczący schematycznej fabuły jest jak najbardziej prawdziwy. Z uwagi na zastosowanie wielokrotnie eksploatowanych motywów w podobnych (i licznych) “hollywoodzkich produkcjach”, film jest bardzo przewidywalny. Osoby, które cenią bardziej warstwę artystyczno-fabularną z pewnością mogły poczuć się zawiedzione. Oczywiście powtórzę stwierdzenie, które wiele razy podkreślano w recenzjach, że Cameron musiał iść na kompromis i to co najmniej z dwóch powodów. Pierwszy to czysta ekonomia. Niebotyczne koszty produkcji muszą się zwrócić, a do tego potrzebny jest sukces komercyjny, którego nie odniesie się bez szerokiego grona odbiorców. Drugi, bardziej prozaiczny to całościowe zrozumienie przekazu. O co chodzi? Przywołam przykład dobrze znanej produkcji z ostatnich lat, czyli “Władcę Pierścieni”. Mnogość wątków, zawiłość fabuły i szczegółowość świata przedstawionego w filmie, prowadziło do częstej sytuacji, w której przeciętny widz nie był w stanie powiązać ze sobą wielu wątków i warstw fabularnych. Odbiło się to w efekcie na mniejszym zrozumieniu całego obrazu. W moim przekonaniu Cameron chciał uniknąć takiej sytuacji, a i zapewne budżet filmu by na to nie pozwolił, bo i tak już długi film musiałby jeszcze zwiększyć swoją objętość czasową. W powyższym kontekście warto wspomnieć, że wspaniale i spokojnie prowadzona narracja w pierwszej części filmu, sprawiła, że w ostatnich minutach filmu nabiera “rozpędu”, doprowadzając do sytuacji w której wiele wątków nie zostaje zakończonych. Zresztą widzowie rzadko wspominają o tych “niedociągnięciach” fabuły, być może dlatego, że ich przyczyną jest właśnie znikomy stopień jej skomplikowania.
Chciałoby się rzec, że należy przymknąć oko na powyższe mankamenty, ale to określenie jest bardzo niefortunne, tym bardziej, gdy mowa będzie o stronie wizualnej “Avatara”, ale o tym za chwilę, bo jest jeszcze kilka irytujących elementów…
Być może reżyser liczył na to, że zmysł wzroku poprzez serwowane mu obrazy przyćmi bodźce słuchowe. Niestety, krok ten okazał się kiepskim rozwiązaniem problemu, jakim jest warstwa muzyczna obrazu. Wiele osób twierdzi, że jest przeciętna, a ja mówię z całą stanowczością, że jest to chyba najgorsza strona filmu. Wspaniałe obrazy, delikatnie mówiąc, wymagają więcej niż przeciętnej oprawy muzycznej. Obrazy nacechowane dużą “egzotycznością” potrzebują mieć swoje odbicie w warstwie dźwiękowej. Muzyce ewidentnie brakowało tej “egzotyczności”, a na dodatek pod koniec pogrążała się ona w nieznośnej atmosferze “patosu” (pomijając schematyczność). Oczekiwałem więcej, dostałem tylko jeden utwór godny uwagi i obrazu. To za mało jak na taką produkcję.
Aktorstwo, a właściwe jego brak też jest zauważalne przez widzów i wytłumaczenie w postaci konstrukcji fabuły i narracji uniemożliwiającej wykreowanie “żywych” bohaterów przyjmuję z niechęcią, bo co tu dużo mówić? Fabuła, fabułą, a dobry aktor i w kiepskim filmie kilkoma słowami jest w stanie wykreować wspaniałą postać. Przykładem na słuszność tej tezy jest postać grana (sic!) przez Zoe Saldane. Niestety, cała reszta to twór bardziej sztuczny niż obecni w filmie tubylcy, a ci z kolei ten fakt zawdzięczają stronie wizualnej filmu o której czas najwyższy “wspomnieć”…
Powiedziałem wspomnieć? Nie! Odwołuje to! Zanim przejdę do najmocniejszej strony “Avatara”, z całą stanowczością zachęcam Was do obejrzenia tego filmu w kinie i oczywiście w “technice trójwymiarowej”. Żadne najlepsze telewizory (tym bardziej komputery) nie będą w stanie oddać tego, za co obraz Camerona nazwany został “kolejnym krokiem w kinematografii”. To już nie będzie ten sam film, uwierzcie warto…
Do powstania takich obrazów, oprócz wysokiej klasy sprzętu (na który złośliwi mówią, że Cameron czekał 13 lat) potrzebny jest pomysł. Tego nie zabrakło twórcom. Wspaniały, niebywale kolorowy i różnorodny krajobraz Pandory. Multum form życia, tak mocno egzotycznych i silnie oddziałujących na widza. To wszystko okraszone niesamowitą ilością barw w iście epickim rozmachu. Niezwykła pomysłowość wraz z niebywale realistycznym odwzorowaniem daje nie tylko niesamowity efekt, ale wręcz sprawia, że stajemy się częścią tajemniczego ekosystemu Pandory. Wrażenia estetyczne nieprawdopodobne… I właśnie te dwa aspekty połączone w cudownie wirtuozerskim stylu sprawiły, że “Avatar” stał się częścią historii kina science fiction (i nie tylko) tuż obok takich filmów, jak “Metropolis”, “Odyseja kosmiczna” czy “Blade Runner”.
Zdaję sobie sprawę, że ostatnie zdania mogą być pompatyczne, szczególnie jeśli uwzględni się wcześniejsze krytyczne słowa. Tylko czy wspomniane filmy nie były pozbawione wad? W każdym z tych filmów brakowało pewnych elementów, a i tak na stałe zapisały się w światowej kinematografii. W “Odysei…” świat przedstawiony pozbawiony był estetycznych walorów, z kolei w “Łowcy…” podobnie jak “Avatarze” brakowało wspaniałych kreacji aktorskich. Z tego wynika jedna banalna konkluzja, że nie ma i nie będzie obrazu perfekcyjnego… I tutaj zmierzam do sedna, gdyż każdy z tych filmów zasługuję na obejrzenie i nie inaczej jest z “Avatarem”, bo przewrotnie ujmując – w całej tej niedoskonałości tkwi niezbywalny urok filmu.
I JESZCZE DOSŁOWNIE KILKA SŁÓW DYGRESJI…
po części, aby Was zachęcić. Spodziewałem się “trójwymiarowości”, z którą już wcześniej miałem do czynienia, aż nagle ze zdziwieniem zobaczyłem, że Cameron zaproponował zupełnie inną technikę. Mniej “efekciarską”, bardziej subtelną, co wręcz niewyobrażalnie uzupełniło cały obraz. Koniecznie sami musicie się przekonać? Zobaczyć choćby niesamowity mariaż napisów z obrazem, który chyba w tym filmie jest pionierski.
Swoją drogą, mało kto wspomina, ale wydaje mi się, że wytwórnie filmowe i kina, dzięki tego typu filmom, mogą odwrócić niekorzystny “trend” i przyciągnąć widzów do kin. Znowu z drugiej strony spodziewam się, że producenci sprzętu audio-wizualnego już w tej chwili przyśpieszają prace nad stworzeniem „trójwymiaru” w domowym zaciszu.
“AVATAR” REŻ. JAMES CAMERON, DYSTRYBUCJA “IMPERIAL – CINEPIX”, 2009

I tak miałem iść, ale jesteś kolejną osobą, która mnie w tym przekonaniu utwierdziła :)
Chciałam obejrzeć ten film, a teraz chcę bardziej.:)
A ja wciąż się zastanawiam czy Avatar, czy Parnassus ;)
A ja nie pójdę, dla samych obrazków, po których jeszcze rozboli mnie głowa (moje oczy źle znoszą 3D) nie wydam tyle, co na książkę;)
Słuchajcie, nie ma się co zastanawiać, chcieć nie chcieć – trzeba po prostu obejrzeć ;)
Eruanko,
książka też już niebawem się ukaże ;0
Liti,
faktycznie problem. Z jednym kolegą idziesz na Avatara, z drugim na Gilliama :) Swoją drogą Parnassus będzie bardziej ambitną pozycją choćby z uwagi na reżysera.
Krzysztof, ja miałam na myśli jakąkolwiek książkę, tej Made of o Avatarze nie interesuje mnie kompletnie;)
Eruano,
ja wiem, że miałaś na myśli dobrą książkę, bo tylko takie wybierasz ;)
Pozdrawiam.
Krzysztofie, ze tez sama na to nie wpadlam! Rozwiazales moj problem ;)
Polecam się na przyszłość, w całej okazałości ;)
Chciałabym bardzo (mąż też, on już obejrzał z hdd, sza), ale nie umiem wykroić czasu na kino :( Z czteromiesięczniakiem trudno.
Może pomogą jakieś Babcie w “wykrojeniu” czasu? Z HDD powiadasz :-) Nie, nie, nie… już wspomniałem powyżej dlaczego, a mężowi możesz z kolei wykroić numer i pójść z kimś innym ;-) Pozdrawiam Agnes ciepło i… malucha również ;o
A oglądałeś w IMAXie czy w zwykłym kinie z efektem 3d? Bo nie wiem dokładnie jaka jest różnica i co lepiej wybrać?
Jeśli masz możliwość to zdecydowanie IMAX, różnice “czysto-techniczne”. Pozdrawiam.