Nie raz wspominałem już o mojej fascynacji literaturą amerykańską. Opowiadania też są formą, którą uwielbiam. Owszem, dziś już niewielu się nią posługuję, ale też trzeba radykalnie powiedzieć, że jest to forma trudna do stworzenia, z pewnością o wiele bardziej niż powieść.
Mort Castle nie jest w naszym kraju znany, co skutkuje brakiem jego twórczości w naszych bibliotekach i księgarniach (działa to również w drugą stronę). Faktem jest, że w przypadku powieści, mówiąc delikatnie nie jest płodnym pisarzem, ale w przypadku opowiadań mamy sytuację przeciwną. „Księżyc na wodzie” jest wyselekcjonowanym zbiorem kilkunastu opowiadań z ogromu „krótkich form” jakie powstały ręką znakomitego twórcy literackich horrorów.
Horror. Gatunek, który większości osób kojarzy się z bardzo schematyczną fabułą, która to z kolei stawia bardziej na rozrywkę, aniżeli na przekazywanie głębszych relacji. To co zaprezentował Castle jest przede wszystkim wręcz rewolucyjnym podejściem do horroru, jako gatunku w którym drzemie potencjał o wiele bardziej refleksyjnego spojrzenia niż nam to się mogło wydawać. Co szalenie nieprawdopodobne, wszystko to dzieje się w granicach konwenansów dotychczasowego dorobku gatunku jakim właśnie jest horror.
Każde z opowiadań przybliża nam inną historię, których jedynym wspólnym motywem jest śmierć. Niekiedy jest ona bardziej wyeksponowana, a miejscami pojawia się na krótką chwilę, bądź też stanowi pozornie nie istotny element tła. Jak to często bywa u pisarzy pochodzących zza oceanu, Castle niejednokrotnie zwraca się bezpośrednio do czytelnika stawiając mnóstwo sugestii, operując mnóstwem ilości gier słownych i niewiele mniejszą ilością dygresji. Opowiadanie otwierające książkę „Jeśli weźmiesz mnie za rękę, mój synu” przykuwa uwagę niezwykle niespójną formą spowodowaną połączeniem retrospekcji i licznymi opisami „myślowych narracji” bohaterów. To wszystko uwypukla mnóstwo niepewności i niuansów z prostej fabuły całego opowiadania. Podobną formę mają następne dwa opowiadania, także w „Miejsce Hendersona/Dziewczyna o oczach w kolorze lata”, gdzie po raz pierwszy pojawia się śmierć, do której bohaterzy w dużym stopniu zbliżają się za swoją zgodą. Pistolet i zazdrość są kolejnym bohaterami opowiadania „Pistolet z drugiej wojny”. Wydawać by się mogło, że koniec jest jeden, ale jak się później okazuje, nie jest on istotny. Pojawiają się również opowiadania z zaskakującym zwrotem akcji. Jedno z nich „Uzdrawiacze” traktuje o spójności bólu i światopoglądu. W jaki sposób wpływają na rzeczywistość. Proste, ale zaskakujące zakończenie. Biblijny “wątek” „Kasztanowego Jima w Egipcie” to opowiadanie, które już teraz stało się klasyką gatunku, a w sposób dosadny uderza w kilka mitów dotyczących poglądów Amerykanina na pracę uwikłaną w wszelkiego rodzaju uprzedzenia, w tym jakże tkwiącego w narodzie amerykańskim rasizmu. Jest również opowiadanie („Miłość, nienawiść i piękne morze złomu”) poświęcone miłości i konfrontacji tejże z oczekiwaniami i dorosłością. Bardzo wymowne i kontrastowo ujęte spojrzenie. Tytułowe opowiadanie „Księżyc na wodzie” konfrontuje z kolei życie z inspiracjami, w tym przypadku (dla większego oddziaływania) ujętymi w dźwięki jazzowe. Pojawiają się również mniejsze opowiadania, naznaczone bardzo życiową, pozbawioną strachu, przemocy, rzekomo głębszych refleksji fabułą. Tak jest z na przykład z rewelacyjnym „Altenmoor, gdzie tańczą psy”. Śmierć „ubrana” w psychikę dziecka i sugestia, że dla nas dorosłych staję się ona nie do końca zrozumianym elementem, tylko właśnie czego? „Historia Danii” brutalnością najbardziej przypomina klasyczny horror, ale też bardzo mocno uderza swoją puentą. Castle w tym opowiadaniu ewidentnie daje do zrozumienia, jak duży wpływ ma na nasze życie horror. Uwierzcie jest on bardzo skromnie ubrany, ale zmienia nasze dotychczasowe funkcjonowanie. Wszystkie opowiadania, które wymieniłem oczywiście nie wyczerpują całego zbioru, ale każde z nich z całą stanowczością jest godne polecenia.
Oddzielny akapit postanowiłem poświęcić ostatniemu opowiadaniu pt. „Stary człowiek i zmarli”. Nie wiem ilu z was zauważyło, bądź zauważy (a może mi się tylko tak zdaję?), że jest to nic innego jak hołd złożony, tutaj ostrzegam, że będę bardzo subiektywny, jednemu z największych i najwybitniejszych pisarzy amerykańskich – tak, tak – ukłon i niesamowity szacunek dla Hemingway’a. Tym opowiadaniem Castle pokazał swoje mistrzostwo i najzwyklejszy, ale budzący zazdrość, talent.
I tak właściwie należało by dodać kolejny motyw przewodni tych wszystkich opowiadań. To nic innego jak człowiek. Uwikłany w skrajne emocje, geniusz, chłodną kalkulację czy szarą rzeczywistość. Nakreślenie niesamowitych portretów psychologicznych, umiejscowienie ich w ściśle określonych sytuacjach, wydarzeniach a dodatkowo „spięcie” ich w konwencji horroru jest sztuką niesamowitą, ale też cholernie pouczającą. Sam osobiście gwarantuje Wam to autor, a ja mogę się tylko dołączyć do słów uznania względem powyższego zbioru opowiadań i oczywiście samego Castle’a.
Nie, nie napiszę, że jest to książka, którą warto przeczytać… jest to dzieło naprawdę wybitne… a mnie osobiście także utwierdzające w tezie o „wielkości” amerykańskiej literatury (choć o tym wiem już od dawna :) ).
autor: Mort Castle
tytuł: Księżyc na wodzie
tytuł oryginału: Moon on the Water
język oryginału: angielski
liczba stron: 277
miejsce wydania: Warszawa
rok wydania: 2008
oprawa: miękka
wymiary: 120 x 200 mm
wydawca: Replika, Wydawnictwo
ISBN: 978-83-60383-83-4
seria: -

„Cóż właściwie można powiedzieć o tej tragedii? To tylko coś, co się po prostu zdarzyło, jedno z takich zdarzeń… i nie ma sposobu, abyście ty, Zygmunt Freud czy Dick Tracy mogli je zrozumieć.
A zdarzyło się tyle, że nasz zwyczajny facet dostał świra grandę mucho-mucho i zrobił coś niezrozumiałego i okropnego.
O takich sytuacjach wszyscy staramy się jak najszybciej zapomnieć. Cholera, wszystko kiedyś mija i zostają tylko pourywane wspomnienia. Jednak w tym czasie gdy usiłujemy zapomnieć, oczywiście myślimy o tej sprawie, prawda? Może podlewasz akurat trawnik albo siedzisz w wannie, psiocząc, że dzieci zużyły wcześniej całą gorącą wodę, gdy nagle zadajesz sobie pytanie: „Jezu Chryste, co się działo w tym chorym umyśle, zanim ten człowiek dokonał takiej zbrodni?”. Zaczynasz się wtedy lekko trząść, mając nadzieję, szczerą nadzieję, że nigdy nie ogarną cię myśli podobne do tych, jakie miał tamten, że nigdy nie pojawią się w twojej głowie…”
Fragment opowiadania „Wiadomość”

Thank you for your thoughtful and most gratifying comments on my work.
And yes, “Old Man and the Dead” is my homage to Hemingway, whose short stories I read again every year–and learn from every year.
Once more, my most sincere thanks.
Mort Castle
Wow,
Na początek muszę powiedzieć, że kompletnie nie zgadzam się z tezą, że twórczość Castle jest nowatorska z powodu wyprowadzenia horroru na bardziej uniwersalne wody. to było już od dawna, właściwie od samego początku, jeżeli sięgnąć do źródeł współczesnego horru, to juz opowiadania Poe czystym horrorem trudno nazwać. Poza tym nurt wyprowadzenia tego gatunku z niszy rozpoczęło kino w latach 60′ kiedy to za tworzenie takich dzieł zabrali się reżyserzy wcześniej z horrorem niekojarzeni. Wszystko zależy więc od ambicji i talentu twórcy.
no, ale wracając do Morta, to ten tom opowiadań czeka na razie na mojej półce. Ta mutacja tytułów strasznie przypomina twórczość Kathe Koja, ale to bardzo niezobowiązujące skojarzenie… W kazdym razie jego powieść Obcy bardzo przypadła mi do gustu. :)
Pozdr.
Powiem szczerze, że takiego obeznania w tematyce (szczególnie filmowej) to nie mam. Ja jednak uważam, że Mort Castle uczynił bardziej (z pewnością nie on pierwszy) przystępnym gatunek zwany horrorem. Właściwie należy podkreślić, że to co prezentuje Mort Castle nie jest pełnokrwistym horrorem, dlatego też pozwala mu to przeniknąć ze swoją prozą do zwykłego czytelnika, który w innych okolicznościach nie sięgnąłby po “horror” (specjalnie ująłem w cudzysłów), z drugiej strony wzbogaca on przede wszystkim całościowo sam gatunek.
Co do talentu Castle’a to w wśród recenzentów i czytelników panuje podział z przewagą negatywnych opinii. Pamiętaj też proszę Cedro, że opowiadania to jest zupełnie inna “para kaloszy”. Opowiadania rządzą się swoim prawami… W horrory planuję “wejść głębiej”, dlatego też Kathe Koja została odnotowana w moim notesiku ;)
No właśnie… ta różna para kaloszy a propos opowiadań i powieści jest taka, że bardzo zniechęca mnie do opowiadań. Jak większość społeczeństwa dałem się sformatować i wolę powieści ;-)
Stąd pewnie ten tom opowiadań Morta Castle tak długo czeka na mojej półce.
Ale Obcych jeżeli ich nie czytałeś to polecam Ci bardzo, bo w stylu i koncepcji bardzo przypomina mi dziecko Rosemary.
Wątek “nowatorskiego podejścia” być może rozwinę w następnej recenzji, a też nie będzie to szybko, bo takie przyjemności należy jak najdłużej rozkładać w czasie :)