Zanim przejdę do opisu właściwego, kilka słów wyjaśnień. Wbrew powszechnej opinii recenzentów i czytelników “Karolina” ma niewiele wspólnego z “Alicją w krainie…”. Ja osobiście, doszukuje się raczej marketingowych “niuansów” aniżeli faktycznego podobieństwa “Koraliny” do jej starszej “koleżanki”, choć oczywiście nie trzeba być wytrawnym znawcą obydwóch książek, aby odnaleźć wątki wspólne dla obydwóch dziewczynek i ich przygód.
Historia jakich tysiące. Mała dziewczynka o duszy odkrywcy i wielbiciela wszelakich przygód wprowadza się do nowego domu. Rodzice ? Zapracowani, pochłonięci swoimi obowiązkami ograniczają do minimum kontakt ze swoją córką. Fakt ten nie tylko smuci naszą małą bohaterkę, ale jest też główną przyczyną dla której wraz z Koraliną przemierzymy trochę inny, ale jakże fascynujący świat, który zarówno Karolinie jak i nam pozwoli na pokonanie “nudy”, bo w końcu ile można oglądać telewizji?
I tak oto przekraczamy tajemnicze drzwi, które otwierają przed nami swój fascynujący świat. Jak można go opisać? Mnóstwo iluzji, niesamowita dawka magii i przede wszystkim niezmiernie duża ilość strachu. Druga matka, drugi ojciec i mnóstwo zwierząt potrafiących rozmawiać z ludźmi. Każda z postaci w “drugim świecie” fascynuje i przeraża.
Nasza bohaterka rozczarowana postawą swoich prawdziwych rodziców z dużą dozą radości spogląda na nowych, którzy pragną stworzyć swojej “córeczce” idealny dom, pełen ciepła i miłości. Jednak jak się wkrótce okazuje, guziki zamiast oczu drugiej matki nie bez powodu przerażają nie tylko naszą bohaterkę… Zarówno jak i lustra kryją przerażający sekret…
Koralina wiedziona swoją ciekawością a także pragnieniem spędzania czasu z rodzicami, rozpoczyna podróż po opustoszałej części nowego domu.
W trakcie wędrówki czekają na nas niesamowite postacie, a przede wszystkim co mnie bardzo uraczyło, niezwykłe zjawiska. Neil Gaiman przemienił całe otoczenie w magiczną, ale i groźna oraz pełną tajemniczości krainę, gdzie wszystko ożywa, począwszy od książek skończywszy na samym budynku.
Tradycyjnie nie chciałbym zdradzać Wam samej fabuły, ale przed dzielną Karoliną czeka nie lada wyzwanie. Jak się później okazuje, jej prawdziwi rodzice znikają. Czy zdoła ich odnaleźć? Odsyłam do lektury, natomiast ja sam powiem, że jestem pod wrażeniem tego niewielkiego dzieła, którego zakończenie mimo, iż jest do przewidzenia, to i tak “uderza” swoim klasycznym “morałem baśniowym” (bajkowym?)
Drodzy czytelnicy odwagi, bo naprawdę warto zanurzyć się w świat Karoliny i zrozumieć rzecz prostą, która przez wielu rodziców jest zapominana. Nie zmienią tego gry wideo i telewizor. Czy pozwolicie,aby Was uwięziło Wasze drugie “ja” z guzikami zamiast oczu?
Polecam również dorosłym, bo to chyba w dużej mierze historia o nas.
Koralina stąpała z chrzęstem po betonowej podłodze. Ostra woń była coraz gorsza. Koralina już miała zawrócić i odejść, gdy ujrzała stopę wystających spod zgniecionych zasłon.
Odetchnęła głęboko (jej głowa wypełniła woń skwaśniałego wina i zapleśniałego chleba) i odrzuciła wilgotną, przegniłą tkaninę, odsłaniając coś mniej więcej kształtu i wielkości człowieka. W słabym świetle potrzebowała kilkunastu sekund, by to rozpoznać. Istota była blada i napuchnięta niczym pędrak. Miała chude, patykowate ręce i nogi. Obrzmiała, ciastowata twarz była praktycznie pozbawiona rysów. W miejscu oczu istoty widniały dwa wielkie czarne guziki. Koralina jęknęła z odrazą i przerażeniem, i stwór, jakby słysząc ów dźwięk, zaczął wstawać. Karolina stała bez ruchu, przyrośnięta do podłogi.
Istota obróciła głowę, oczy z czarnych guzików spojrzały wprost na nią. W pozbawionej warg twarzy otwarły się usta, wciąż jeszcze zlepione czymś białym, i głos, który nie przypominał już w ogóle głosu jej ojca, szepnął: – Koralina
ZOBACZ OKŁADKĘ
autor: Neil Gaiman
tytuł: Koralina
tytuł oryginału: Coraline
język oryginału: angielski
liczba stron: 175
miejsce wydania: Warszawa
rok wydania: 2009
oprawa: twarda
wymiary: 155 x 235 mm
wydawca: MAG, Wydawnictwo
ISBN: 978-83-7480-118-8
seria: -
i czas na dygresję…
Nawiasem mówiąc, od dawien dawna wiedziałem, że koty są jednak istotami “magicznymi”.
- Co czytasz?
- “Koralinę” – odpowiedziałem
- A to nie jest książka dla dzieci? – pada pytanie w tonie silnego zdziwienia
- A i owszem – odpowiadam z uśmiechem
Tak właśnie moi drodzy musiałem “tłumaczyć się” ;) (wiele razy) ze swojej lektury. Jak się okazuję, dorosły człowiek w świetle opinii wielu nieczytających, nie powinien (albo w domyśle nie przystoi mu) czytać książek dla dzieci. Straszne, ale ja nie odczuwam z tego powodu strachu… ;)

Ja mogę się tłumaczyć tym, że testuję lekturę dla syna. Mogę, ale po co? Już dawno kicham na “co ludzie powiedzą”, a jeśli o książki chodzi, to szczególnie. A co do meritum, wybierz się na film. Mniemam, że może być fajnym uzupełnieniem lektury :)
No tak. Ja oczywiście przymykam oko na wszelkie uszczypliwości, a szkoda bo mało powstaje literatury dla naszych mniejszych ludzi ;) Film mówisz. Obejrzę, ale z uwagi na cenę to nie będzie raczej kino. Tak, tak reżyser ma (miał) naprawdę duże pole manewru dla swojej interpretacji. Nawiasem mówiąc, nawet chyba powstała już sztuka teatralna na podstawie książki.
“Koralina”, to jednak rzecz dla dużo większych, niż mój trzylatek, dzieci, więc ciężko mi ocenić czy dla tej grupy wiekowej powstaje mało czy dużo książek. Jeżeli jednak chodzi o lekturę dla mojego smyka – jestem zadowolony. Powstało sporo małych wydawnictw, które wraz z tuzami wydają dużo świetnych, np. skandynawskich, rzeczy.
Mogę poprosić o jakieś “namiary” na owe wydawnictwa?
Zakamarki, Muchomor, Hokus – Pokus… To tak z pamięci czyli z niczego. No i Media Rodzina :)
Dzięki serdeczne.