Tygodnik Powszechny i temat numeru – czytelnictwo. Na pewno będzie interesująco, co potwierdza jeden z tekstów zamieszonych na stronie internetowej. Tradycyjnie już polecam lekturę – i to nie tylko aktualnego numeru.
Krótko, ale w temacie
Kategoria: Media, RozmaitościLiczba wyświetleń: 64 razy
“Zagłada” red. John Maclay
Kategoria: Książka | Tagi: fantastyka, groza, horror, literatura amerykańska, opowiadania, rekomendacja
Liczba wyświetleń: 82 razy
Niewielka książka, 124 strony na których zamieszczono cztery krótkie opowiadania. Motyw przewodni, to jak sam tytuł wskazuje – świat postapokaliptyczny. Wszyscy autorzy, to uznani pisarze w swoim gatunku literackim, często nagradzani. John Maclay tak uzasadnia przyczynę powstania tej antologii:
Podejście musi być inne. Od czasu niespokojnych i poszukujących lat sześćdziesiątych nie nastąpił żaden postęp w sprawach dotyczących groźby nuklearnej. Nastąpiło coś wręcz odwrotnego. Jeśli problem ten nie zostanie rozwiązany, to okaże się, że komuniści i liberałowie, konserwatyści i reakcjoniści, wszyscy oni będą tylko tematem rozmów i sporów. Staną się gatunkiem wymarłym, jak wszystko inne na Bożej ziemi. Mówi się, że wojna nuklearna jest niewyobrażalna. Ale nieustannie rozmyśla się o niej w kołach wojskowo-przemysłowych. W silosach czekają pociski umieszczone pod zielonymi polami Kansas czy Ukrainy. Wojna nuklearna byłaby szaleństwem. Ale broń nuklearna jest rzeczywistością.
“Dom życia” J. N. Williamson
Opowiadanie składa się z trzech historii prowadzonych równolegle, co ciekawe, każda z osobna mogłaby być oddzielnym opowiadaniem. Wszystkie postacie umiejscowione są w bliżej niesprecyzowanym czasie i miejscu. Jedynie co można wywnioskować, to fakt, że “zagłada” jest przeszłością.
Pierwsza z historii przedstawia starsze małżeństwo, które toczy między sobą spór o to czy pozostać do końca swoich dni w jednym miejscu, czy też może wyruszyć dalej. Mężczyzna pragnie poszukać rodziny, sądzi, że na pewno ktoś z najbliższych przeżył. Kobieta jest sceptyczna. Po dłuższej konfrontacji słownej i wielokrotnych nawiązań do normalnego życia “przed”, wyruszają w miasto. Nieoczekiwanie jedno z nich ginie…
Druga historia opowiada o spotkaniu lekarza z kobietą w ciąży. Obydwoje wspominają dawne czasy, a jednocześnie trwa pomiędzy nimi niepokojąca atmosfera. Lekarz nie chcę przyjmować dziecka na świat, wie doskonale, że nie będzie zdrowe. Matka chcąc mieć powód do życia postanawia nie zabijać dziecka, choć wie doskonale jak to się może skończyć . W trakcie porodu okazuje się, że lekarz po tych wszystkich (wcześniejszych) zabiegach zaczyna tracić zmysły, zbliża się do szaleństwa… pytanie tylko, czy ten obłęd można nazwać sprzeciwem wobec tak zdegenerowanego świata, czy jest to tylko chwilowa reakcja na to, co przed chwilą zobaczył?
Trzecia historia przedstawia człowieka, który obudził się w szybie kopalnianym. Jedynie co pamięta, to chwilę samego upadku. Ma połamane nogi, jest głodny i porasta sierścią. Po wielu trudach udaje mu się wydostać z dziury. Rozpoznaję okolicę w której wychował się całe życie a wraz z nią powracają wspomnienia. Głód i silnie napromieniowane powietrze zmuszają go jednak do ponownego schronienia się w szybie, który wcześniej pozwolił mu przeżyć. Wbijając zęby w kawałek mięsa ociekającego krwią (wymowna sugestia co do pochodzenia tego mięsa!) obserwuje nadchodzącą noc, światło powoli gaśnie…
Biorąc pod uwagę długość tych tekstów, jestem naprawdę pełen podziwu. Świetnie nakreślone postacie. Całość opowiedziana bez zbędnego patosu i nadmiernej szczegółowości. Opowiadanie można potraktować jako manifest przeciw “przyczynom zagłady”, bo jak sugeruje autor, dzień ten, sprawia, że przyszłość i przeszłość stają się oczywiste, a przecież tak nie powinno być, bo wtedy życie staje się koszmarem, a koszmar życiem.
“Mocne małe szwy na plecach martwego mężczyzny” Joe R. Lansdale
Kolejne opowiadanie oparte jest na formie dziennika spisanego przez głównego bohatera – Paula Mardera. Opisuje w nim bardzo zwięźle wydarzenia, które nastąpiły po zrzuceniu “Wielkiej Jedynki.” Dużo w tych relacjach poświęca miejsca rodzinie. Wspomina ostatni dzień w którym widział córkę Rae, ucieczkę z żoną Mary do schronu po której dowiadujemy się, że Paul pracował w placówce rządowej odpowiedzialnej za stworzenie broni masowej, która nie tylko zmieniła świat, ale przede wszystkim zniszczyła jego całe życie rodzinne. Po kilku latach w schronie, w którym zabójstwa i samobójstwa były codziennością, małżeństwo wraz z grupą ludzi postanawia wydostać się na zewnątrz. W surowym i wymarłym postapokaliptycznym klimacie kompanii spragnieni i głodni – po spożyciu wcześniej upolowanego wieloryba – umierają. Niespodziewanie ich ciała zaczynają obrastać w pnącza dzikiej róży, przed którymi małżeństwo musi uciekać. Udają się w drogę, której kres wieńczy brak paliwa w samochodzie, a na drodze pojawia się dobrze zachowana latarnia morska. To w niej znajdują ostatnie schronienie, a Paul sposobność do napisania dziennika, w którym obok zaistniałych wydarzeń, dużo miejsca poświęca na wspominaniu córki i opisywaniu relacji łączących go z żoną. Samotność przeplata się z szaleństwem (Paul często personifikuje dziennik, zwracając się do niego, jak do członka rodziny), które to zawiera się w nienawiści, jaką Mary czuję po utracie córki. Ból ten jest również udziałem Paula. Tatuaż z wizerunkiem córki, który Mary pieczołowicie wykonuje na plecach męża staje się jedynym elementem łączącym ich emocjonalnie. Jest również symbolem szaleństwa, bólu i perwersji Paula, który staje się codzienną rzeczywistością obojga, i który prowadzi tylko w jedno miejsce.
W moim przekonaniu jest to najlepsze opowiadanie w całej antologii. Niezwykle pomysłowe, mocno surrealistyczne i nacechowane emocjami odległymi od brutalności, ale niepozbawionymi silnego zabarwienia seksualnego, które wyjątkowo dobrze kontrastują z szaleństwem głównego bohatera.
“Widok z góry Futaba” Jessica Amnada Salmonson
Kolejne surrealistyczne i osobliwe opowiadanie. Bardziej zbliżone do gatunku baśniowej fantasy. Fabuła w całości opiera się na konfrontacji siłowej (i duchowej) kapłanki Neroyume ze złym Mnichem, który okazuje się złym duchem. Świat, który przemierza kapłanka w poszukiwaniu swojego przeciwnika jest nie tylko zniszczony, jest w dużym stopniu ohydny, podobnie jak stworzenia, które napotyka podczas wędrówki. I nie zawsze są to ludzie. Czasami są to duchy, a czasami zwierzęta obdarte ze skóry. Czy w powszechnym zniszczeniu można rozpoznać zło i dobro? Po której stronie jest Neroyume? Odpowiedzi na te pytania przynosi ostateczna walka kapłanki z mnichem. Jej wynik wcale nie jest taki oczywisty.
“Gedeon” Mort Castle
Krótkie opowiadanie w specyficznym dla autora stylu, z niebywałym pomysłami, jak zwykle sięgającymi do źródeł popkultury i historii. Tym razem Mort połączył wątki Wietnamu z postacią biblijną – izraelskim sędzią i przywódcą wojskowym Gedeonem.
Tytułowy Gedeon to były żołnierz biorący udział w wojnie wietnamskiej. Po licznych zbrodniach zostaje skazany w swoim kraju na śmierć. Po wielu latach w więzieniu wychodzi na jaw, że pochodził on z rodziny patologicznej, był analfabetą i to w dużej mierze przyczyniło się do tego, że czynienie zła było dla niego czymś naturalnym. Wszystko zmieniło się podczas pobytu więzieniu. W oczekiwaniu na wyrok zaczyna czytać książki, uczyć się, w końcu za namową strażnika więziennego zapoznaje się z Biblią. Jest sceptyczny, nie wierzy, że jest dzieckiem Boga. Nie wierzy, że On jest w stanie mu pomóc. Podobnie jak biblijny Gedeon oczekuje na cud. Pewnego dnia Gedeon staje się wolnym człowiekiem, biblijne runo Gedeona następuje w dniu zagłady.
Wybornie naszkicowana fabuła. Przewrotne wieloznaczne aluzje. Mnóstwo sugestii, wszystko skąpane w dużej ilości finezyjnych kolokwializmach. Dla fanów pisarstwa Amerykanina pozycja obowiązkowa. W “Gedeonie” na próżno szukać środków właściwych (nadprzyrodzonych) dla horroru. Mało jest również fantastyki. Mort Castle ponownie – wręcz chciałoby się rzec – tradycyjnie już, wyrusza w głąb ludzkiego umysłu, bo tam zaczyna się najgorszy horror… dnia codziennego.

Red. John Maclay “Zagłada”, język oryginału: amerykański, 126 s., Poznań 1991, wydanie I, oprawa miękka, 115×170 mm, Wydawnictwo Rebis, ISBN: 83-85202-19-6.
Kolejny Prezydent
Kategoria: RozmaitościLiczba wyświetleń: 125 razy
Wszystko wskazuje na to, że kolejnym prezydentem będzie Bronisław Komorowski. Nie chcę i nie zmierzam przeprowadzać analiz, bo wybór tak często nazywany “obowiązkiem obywatelskim” jest dla mnie niczym innym, jak udziałem w farsie politycznej, na którą nie mam(y) wpływu (sic!).
Pozycja prezydenta słabnie. Tusk nawet nie ukrywa, że dąży do wprowadzenia systemu gabinetowo-parlamentarnego. Główni bohaterzy (nie mówię o obywatelach) to tak naprawdę osoby mające takie same poglądy*, a różnią się tylko, mówiąc językiem urzędowym, formalnie. Wszystkim dookoła powtarzam, że Bronisław Komorowski będzie prezydentem unikającym zmian (wspomniana marginalizacja urzędu prezydenta). Jarosław Kaczyński z kolei byłby prezydentem, który nawet, jeśli chciałby coś zmieniać, to i tak z uwagi na arytmetykę sejmową nie miałby szans na wprowadzenia swoich koncepcji* w życie. Pomijam bardzo istotny fakt dot. kierunku tych zmian i ich konsekwencji. Tak więc – kandydaci z dwóch największych partii “prawicowych” – świadomy wybór. Tylko, czy aby na pewno?
Media. W tym miejscu zawsze brakuje mi słów. Jak tylko spoglądałem na szklany ekran (z wiekiem coraz rzadziej mi się to zdarza) i widziałem/słyszałem te ckliwe obrazki przejawiające się w frazesach “obowiązek obywatelski wypełniony”, “jestem Polką/Polakiem to muszę głosować”, “to jest moje prawo, mój wybór”, “głosuję, żeby mieć prawo do narzekania”, to płacz przeplatał się, ze złością. Debaty były tylko jednym wielkim spektaklem, wypowiedzi komentatorów o dużej frekwencji, która rzekomo jest znakiem dojrzałości politycznej obywateli były wręcz powtarzane do obrzydzenia. Nie było konkretów z prostej przyczyny. Bo jakby się pojawiły, to frekwencja byłaby jeszcze mniejsza. Pluralizm? TVP agitowało za swoim kandydatem, TVN za swoim. W obydwóch telewizjach zabrakło pozostałych kandydatów. Efekt prosty. Nie ma cię w telewizji – nie istniejesz.
Nie chciałem i nie chcę “łączenia i wspólnego budowania”, nie chce też “sztucznego dzielenia”. Polska według PO – spokojne zawłaszczanie kraju. Polska według PiS – agresywne zawłaszczanie kraju w imię sprawiedliwości zwanej moralności katolicką, której daleko do prawdziwego katolicyzmu, bo przecież ten jest najbardziej liberalną religią świata. Czy w świetle “pisowskich doktryn” to nie paradoks? A co na to “liberalna” PO?
I tak pojęcie “mniejszego zła”, “obywatelskiego obowiązku” – tak mocno lansowanego przez media - przysłania nam istotę, a właściwie tragizm tych wyborów. Nie głosowałem w drugiej turze i wbrew temu co się lansuję, zależy mi na kraju, mam prawo do narzekania, ale nie skorzystam z niego, bo zawsze wolałem konstruktywnie krytykować i to też robię niniejszym wpisem. I powiem dalej – mój brak głosu w drugiej turze, był wyrazem patriotyzmu i jest ewidentną wskazówką w którą stronę powinno pójść nasze Państwo. I znowu kolejny paradoks? Nie, po prostu chwila zastanowienia, która w większej liczbie może zmienić polską politykę, a w konsekwencji życie nas wszystkich. Jasne to wymaga czasu i nikt nie mówi, że się powiedzie. Oby tylko nie wynikało to z “obowiązku”, a bardziej z perspektywicznego i krytycznego myślenia. Optymistycznie kończąc, to uważam, że tego drugiego Polakom nie brakuje, wbrew temu, co sądzi i powtarza nam “czwarta władza”.
Gwoli ścisłości. Być może zostanę posądzony o “wymądrzanie się”, ale jasno chcę powiedzieć, że miałem swojego kandydata. Janusz Korwin-Mikke. Ci, którzy śledzą jego karierę polityczną doskonale znają jego poglądy, które aż tak kontrowersyjne nie są. Dużo mówił i mówi o gospodarce, ale jak nieliczni zauważyli – nie miał szans, bo jako jedyny “posiadał poglądy i skłania(ł) do myślenia”.
* oczywiście słowa te są nieadekwatne do rzeczywistości.
Aktualizacja 05-07-2010:
Tradycyjnie już Tygodnik Powszechny nie zawiódł i mamy świetny tekst bardzo zbieżny z moim obserwacjami. Życzyć nam tylko pozostaje takiego dziennikarstwa w większej ilości.
“Kobieta w Berlinie” Anonyma
Kategoria: Książka | Tagi: dramat, literatura kobieca, literatura niemiecka, literatura obyczajowa, literatura wojenna, rekomendacja
Liczba wyświetleń: 127 razy
Pierwszy wpis datowany jest na 20 kwietnia 1945 roku. Wojska radzieckie zbliżają się do Berlina. W tym dniu trzydziestoletnia Niemka rozpoczyna zapiski, które są bardzo osobistym świadectwem tego , co działo się po wkroczeniu Rosjan do Berlina.
“Kobieta w Berlinie” pokazuje jak bardzo inna jest wojna widziana z perspektywy kobiety od tej widzianej przez mężczyzn. Przez kolejne tygodnie autorka relacjonuje swoje życie w doszczętnie zrujnowanym Berlinie pozbawionym prądu i wody. Często opisuje dni głodu i wszechobecnego strachu przed masowymi gwałtami. Wielokrotnie czyni obserwacje dotyczące gehenny żołnierzy radzieckich i współlokatorów. Wydawać by się mogło, że będzie to kolejna z książek mocno pacyfistycznych wpisująca się w założenia standardowej literatury wojennej, a tymczasem jest zupełnie inaczej. Mimo, że jest to pamiętnik, to autorka często bardzo “chłodno” relacjonuje poszczególne wydarzenia i już po kilku stronach można śmiało powiedzieć, że nie jest to zabieg literacki, a specyficzny styl narracji, który ukazuje niezwykle wspaniałą osobowość Niemki, która opisując swoje przeżycia, nie użala się nad sobą, mówi śmiało i swobodnie, potrafi trzeźwo oceniać swoje położenie, a jednocześnie przy tych wszystkich niegodziwościach, których doznaje, nie szuka zemsty – wręcz przeciwnie – próbuje odnaleźć “garść” uczuć i sprawiedliwości w powojennej pożodze.
Jestem pod ogromnym wrażeniem. Bohaterka tych wszystkich okrutnych wydarzeń zaskarbiła moją sympatię. Czuć autentyzm i niezwykle pragmatyczne podejście do życia, które nie było dla niej łatwe, bo jak sama mówi: “żadna z ofiar nie może nosić swoich cierpień niczym cierniowej korony”.
Warto przeczytać, bo “Kobieta w Berlinie” to coś więcej niż sprzeciw wobec wojny. To z pewnością również coś więcej niż świadectwo nieludzkich czasów. To przede wszystkim lekcja pokory i tolerancji wobec drugiego człowieka o której tak często zapominamy w czasach pokoju.
Kilka miesięcy temu powstała ekranizacja książki, która wywołała dosyć głośną dyskusję na temat stosunków niemiecko-rosyjskich. Zebrała bardzo dobre recenzje zarówno krytyków jak i publiczności.

Anonyma “Kobieta w Berlinie. Zapiski z 1945 roku.”, język oryginału: niemiecki, 198 s., Warszawa 2009, wydanie I, oprawa miękka, 140 x205 mm, Wydawnictwo Świat Książki, ISBN: 978-83-247-1620-3.
“Opowiadania zebrane” Jan Himilsbach
Kategoria: Książka | Tagi: humor, literatura obyczajowa, literatura polska, opowiadania
Liczba wyświetleń: 215 razy
Starszemu pokoleniu tej osoby nie trzeba przedstawiać, ale podejrzewam, że w świadomości młodszych pokoleń Jan Himilsbach nie istnieje. Trudno się dziwić takiej sytuacji tym bardziej, że większość osób, którym bliskie są takie filmy jak “Rejs”, “Wniebowzięci”, “Nie ma róży bez ognia”, “Brunet wieczorową porą” nie wie, że oprócz wspaniałych drugoplanowych kreacji aktorskich, Himilsbach był również pisarzem i scenarzystą.
Jak sam tytuł wskazuje na przeszło sześciuset stronach umieszczonych zostało 46 opowiadań. Rozwiewając wszelkie wątpliwości, klimatycznie wszystkie są bardzo zbliżone do filmów, w których można zobaczyć Himilsbacha, a jednocześnie – co rzadko się zdarza – są na równym poziomie. Bardzo często są też ze sobą fabularnie połączone, a wiele z nich odwołuje się do osobistych doświadczeń autora. Proza Himilsbacha nie wyróżnia się niczym szczególnym, niekiedy bardziej przypomina reportaż. Kreuje bardziej ludzi, niż miejsca i nie oznacza to, że czytelnik będzie mógł obcować ze wspaniałymi portretami psychologicznymi. Wręcz przeciwnie – autor nie snuje analiz, właściwe paradoksalnie unika zbędnych dłużyzn i natychmiast wprowadza czytelnika w środek każdej z historii, które w sposób wręcz naturalny tworzą obraz życia w komunistycznej Polsce. I to właśnie ta niebywała naturalność urzeka, bawi i prowokuje, a przede wszystkim z uwagi na wspomnianą -jak to ujął Tadeusz Konwicki – oszczędność prozy zaskakuje.
Osoby starsze znajdą w tych opowiadaniach wiele własnych wspomnień przeplatanych często zarówno uśmiechem jak i nostalgią, ale też należy podkreślić, że owa nostalgia daleka będzie od ckliwości, bo wykwintność prozy Himilsbacha nie polega na wspaniałej stylistyce i wyrafinowanych konstrukcjach fabularnych – opiera się na bardzo krytycznym, ale i ciepłym stosunku do świata i własnej osoby, a to z kolei docenić powinno młodsze pokolenie, które coraz częściej zapomina, jak istotna w codziennym życiu jest przenikliwość i autoironia.
