• Subskrypcja RSS Twitter Zdjęcia Wideo

  • Twitter

    Gdzie tym razem wybierze się Firmin? [wyniki loterii]

    Krótko bo i tak zapewne długo oczekiwaliście, a więc od razu przystąpmy do losowania, które przebiegało w następujący sposób. Suma liter wszystkich, którzy wyrazili chęć otrzymania książki została podzielona przez sześć, bo taka jest liczba osób biorących udział w zabawie. Siódmy komentarz liczony od najnowszego okazał się być szczęśliwy dla Matyldy [matylda_ab].

    Serdecznie gratuluję, dziękuję wszystkim uczestnikom i jednocześnie pragnę zapewnić, że to nie koniec “atrakcji”. Kolejna loteria pojawi się już niebawem… wraz z nastaniem wiosny.

    Małe podsumowanie

    Zapewne nie jestem odosobniony. Czas niezwykle przyśpieszył i to nawet do tego stopnia, że zupełnie przeoczyłem swoje pierwsze blogowe urodziny Nie będzie wielkich obchodów, ani podsumowań. Przyznam bez ogródek, że plan nie do końca został zrealizowany, ale jednocześnie bardzo mnie cieszy fakt tworzenia tego miejsca, a może i bardziej możliwość odwiedzania, jak się okazało,wcale nie małej blogosfery książkowej.

    Podsumowanie w liczbach
    Krótko, bo nie są to ogromne liczby, ale też nie przywiązuje do nich specjalnie dużej wagi. Jak na blog, który nie jest promowany w żadnym z katalogów i na chwilę obecną nie posiadający bogactwa treści, to i tak cieszy się relatywnie sporym zainteresowaniem. Jest mi niezmiernie miło.

    Niespełna 400 odwiedzin miesięcznie i 700 odsłon, a zarazem cały czas tendencja zwyżkowa.

    Spoglądając na mapę Polski, widzę że wbrew powszechnym opiniom na temat marnej informatyzacji naszego kraju, nie jest tak źle. Sami zobaczcie. (226 lokalizacji). Oczywiście, zapewne  jak zauważyliście najwięcej odwiedza mnie mieszkańców dużych miast i co zaskakujące, wschodniej części Górnego Ślaska.

    Warszawa i Wrocław nie powinny być zaskoczeniem. Za to Bydgoszcz i Lublin jak najbardziej.

    Połowę wizyt zawdzięczam zaprzyjaźnionym blogom, niespełna 40% amerykańskiemu gigantowi, a 15% to odwiedziny bezpośrednie z których z czystym sumieniem mogę wyłowić około 40 osób regularnie odwiedzających blog. Liczba ta pokrywa się ze średnia liczbą subskrybentów kanału RSS.

    Jak widać Prowincjonalna nauczycielka i Chiara mają już “wyrobioną markę” w blogosferze. Z kolei duża aktywność odwiedzających blog 2lewastrona nie powinna zastanawiać z uwagi na dosyć wyjątkową osobowość autorki.  I w końcu czarny koń, czyli Zasadniczo o fantastyce, który w przyszłym roku na pewno zaskoczy.

    I jeszcze jedna bardzo istotna rzecz dla mnie, czyli przeglądarki. Słaba znajomość “kodowania” często objawia się złym wyświetlaniem blogu pod starszymi przeglądarkami, dlatego zawsze zachęcałem do korzystania z “dobrych rozwiązań”… i nie zawiedliście mnie.

    Podsumowanie czytelnicze

    Plan był następujący. 50 książek rocznie. Realia natomiast wyglądają tak: 17 zrecenzowanych, 15 czekających w kolejce. O powodach takiej sytuacji już nie raz wspominałem, a więc przejdźmy dalej, czyli czas na osobiste zestawienia.

    Do książek opatrzonych “znakiem polecenia” nie będę przekonywał. Najlepszą książką roku został bezapelacyjnie “Firmin”. Pozostałe pozycje godne uwagi to zbiór opowiadań “Księżyc na wodzie”, “Zmierzch”, “Austerlitz” i “Portret Doriana Graya”. Osobiste odkrycie roku to, jak już zapewne domyślacie się, autor posiadający niesamowity warsztat i tworzący niezwykły klimatyczne opowiadania grozy, czyli Mort Castle. Debiut roku i najlepsza szata graficzna przypadła “Firminowi”. Trzy filmy zrecenzowane na łamach blogu z czystym sumieniem również można polecić. Są to  naprawdę dobre ekranizacje.

    Plany na przyszłość? Trochę więcej filmów. “Mityczne” 50 książek i więcej fantastyki.

    Moi drodzy!

    “Firmin” “zgarnął” wszystkie możliwe nagrody i wyróżnienia. Jeśli dotychczas nie mieliście okazji spotkać się z tym sympatycznym szczurem, gorąco Was zachęcam do tego i jednocześnie z uwagi na to, że bardzo mocno zaprzyjaźniłem się z nim, udało mi się go przekonać, aby spotkał się z jednym z Was! Nie czekajcie! Wyraźcie chęć spotkania się z tą niezwykła postacią poniżej. Czekam do 24 stycznia do godziny 20. Gwarantuje, ze nie zabraknie tematów do rozmów, a niejednokrotnie ten chuderlawy szczur zaskoczy Was erudycją i szeroką znajomością literatury.

    I na koniec najważniejsze!

    Wielkie dzięki za to, że jesteście ze mną !

    “Firmin” Sam Savage

    Stanowczo za wiele pytań pojawia się po przewróceniu ostatniej strony. Z pozoru błahe, w rzeczywistości niezwykle istotne. Gdzie się podziały zwierzęta? Dlaczego zniknęły z kart powieści? Kilka wieków wstecz cieszyły się dużym uznaniem i pisarzy, i czytelników, dzisiaj goszczą w naszych domach niezmiernie rzadko. Dlaczego obserwacje poczynione przez “mniejszych braci” zostały zdewaluowane na rzecz “ludzkiej” perspektywy? Nie otrzymamy od Firmina jednoznacznych odpowiedzi, ale i co ważniejsze, to co było udziałem tego wątłego szczura, stanie się niezwykle cenną wskazówką, paradoksalnie rzecz ujmując, dotyczącą kondycji nas samych.

    Lata sześćdziesiąte, Boston. W piwnicy antykwariatu na świat przychodzi Firmin. Życie szczura od samego początku nie jest usłane różami, ale to nie przeszkadza naszemu bohaterowi mimo ogromnych przeszkód stać się stworzeniem nietuzinkowym, a przede wszystkim niezwykle miłym i zabawnym. Duża w tym zasługa książek, które towarzyszyły mu przez całe życie.

    Czytelnicy nie zawiodą się. Firmin od pierwszych dni spędzonych w antykwariacie “oprowadza” nas po swoich pierwszych “podróżach książkowych”. W przeciągu kolejnych rozdziałów uświadamiamy sobie jak bardzo niewiele różnimy się od Firmina i to nie tylko w aspekcie czytelniczym. Świadomość ta nie jest obca Firminowi, który nie zważając na ryzyko postanawia zbliżyć się do ludzi, wychodząc na zewnątrz.

    Przez kolejne strony Firmin konfrontuje wszystko to co przeczytał z rzeczywistością jednej z najbiedniejszych dzielnic Bostonu. To zderzenie światów jest niezwykle dramatyczne i zabawne, ale przede wszystkim pouczające. Ciężka walka o pożywienie i przetrwanie splata się z chwilami uniesień. Firmin chce żyć jak człowiek, pragnie z nim współżyć i mimo, że los splata go z losami osób bezdomnych i żyjących w ubóstwie. Firmin nie poddaje się i pragnie czerpać z życia jak najwięcej. Zakochuje się w dziewczynie, choć wie, że nie ma szans. Wzrusza się przy lekturze i nie stroni od filmów pornograficznych wyświetlanych późnym wieczorem w podrzędnym kinie. Mały szczur przekracza granice i choć są to drobne rzeczy, to jednoznacznie daje nam do zrozumienia, że właśnie te małe drobne chwile są często najpiękniejszymi momentami w życiu, z których często nie zdajemy sobie sprawy. Odrzucamy wszystko, co nieznane i inne, a przecież wystarczy odrobinę dystansu by rzeczy i chwile z nabrały „odpowiedniego koloru”.

    Wspaniała przypowieść, 200 stron magii bez moralizatorstwa z niezwykle uroczym przewodnikiem jakim jest Firmin. Warto się z nim wybrać w podróż nie tylko tą literacką. Całkiem możliwe, że niekiedy dowiemy się od niego o wiele więcej niż od nie jednego człowieka.

    Wspaniały styl, niezwykła fabuła (rewelacyjne scena w kinie ze “ślicznotkami” i jeszcze bardziej niezwykła scena z marzeniami sennymi Firmina!), która w moim przekonaniu staje się pozycją, którą wręcz należy znać. Po raz kolejny literatura amerykańska wspięła się na wyżyny literatury przez duże L.

    Osobne słowo należy poświęcić polskiemu wydaniu. Tego typu książki to perełki na naszym rynku wydawniczym. Doskonały layout, okładka i powrót do tradycji “starych książek”, czyli wspaniałych ilustracji! I jeszcze raz, aż do znudzenia, będę powtarzać, że takiej książki nie wypada nie mieć.

    ZOBACZ OKŁADKĘ
    autor: Sam Savage
    tytuł: Firmin
    tytuł oryginału: Firmin. Adventures of a Metropolitan Lowlife
    język oryginału: angielski
    liczba stron: 204
    miejsce wydania: Warszawa
    rok wydania: 2009
    oprawa: miękka
    wymiary: 125 x 197 mm
    wydawca: Wydawnictwo Literackie
    ISBN: 978-83-08-04314-1
    seria: -

    “Avatar” reż. James Cameron

    Niektórzy, wspominając o najnowszym dziele Camerona, nie szczędzą takich słów i określeń, jak rewolucja, nowy wymiar filmu, dzieło przełomowe. Wystarczy jednak chwila namysłu, aby jednoznacznie stwierdzić, że “Avatar” jest kolejnym krokiem w kinematografii – krokiem w o wiele większym stopniu zależnym od postępu technologicznego niż wartości artystycznej samego filmu, ale po kolei…

    Zarzut dotyczący schematycznej fabuły jest jak najbardziej prawdziwy. Z uwagi na zastosowanie wielokrotnie eksploatowanych motywów w podobnych (i licznych) “hollywoodzkich produkcjach”, film jest bardzo przewidywalny. Osoby, które cenią bardziej warstwę artystyczno-fabularną z pewnością mogły poczuć się zawiedzione. Oczywiście powtórzę stwierdzenie, które wiele razy podkreślano w recenzjach, że Cameron musiał iść na kompromis i to co najmniej z dwóch powodów. Pierwszy to czysta ekonomia. Niebotyczne koszty produkcji muszą się zwrócić, a do tego potrzebny jest sukces komercyjny, którego nie odniesie się bez szerokiego grona odbiorców. Drugi, bardziej prozaiczny to całościowe zrozumienie przekazu. O co chodzi? Przywołam przykład dobrze znanej produkcji z ostatnich lat, czyli “Władcę Pierścieni”. Mnogość wątków, zawiłość fabuły i szczegółowość świata przedstawionego w filmie, prowadziło do częstej sytuacji, w której przeciętny widz nie był w stanie powiązać ze sobą wielu wątków i warstw fabularnych. Odbiło się to w efekcie na mniejszym zrozumieniu całego obrazu. W moim przekonaniu Cameron chciał uniknąć takiej sytuacji, a i zapewne budżet filmu by na to nie pozwolił, bo i tak już długi film musiałby jeszcze zwiększyć swoją objętość czasową. W powyższym kontekście warto wspomnieć, że wspaniale i spokojnie prowadzona narracja w pierwszej części filmu, sprawiła, że w ostatnich minutach filmu nabiera “rozpędu”, doprowadzając do sytuacji w której wiele wątków nie zostaje zakończonych. Zresztą widzowie rzadko wspominają o tych “niedociągnięciach” fabuły, być może dlatego, że ich przyczyną jest właśnie znikomy stopień jej skomplikowania.
    Chciałoby się rzec, że należy przymknąć oko na powyższe mankamenty, ale to określenie jest bardzo niefortunne, tym bardziej, gdy mowa będzie o stronie wizualnej “Avatara”, ale o tym za chwilę, bo jest jeszcze kilka irytujących elementów…

    Być może reżyser liczył na to, że zmysł wzroku poprzez serwowane mu obrazy przyćmi bodźce słuchowe. Niestety, krok ten okazał się kiepskim rozwiązaniem problemu, jakim jest warstwa muzyczna obrazu. Wiele osób twierdzi, że jest przeciętna, a ja mówię z całą stanowczością, że jest to chyba najgorsza strona filmu. Wspaniałe obrazy, delikatnie mówiąc, wymagają więcej niż przeciętnej oprawy muzycznej. Obrazy nacechowane dużą “egzotycznością” potrzebują mieć swoje odbicie w warstwie dźwiękowej. Muzyce ewidentnie brakowało tej “egzotyczności”, a na dodatek pod koniec pogrążała się ona w nieznośnej atmosferze “patosu” (pomijając schematyczność). Oczekiwałem więcej, dostałem tylko jeden utwór godny uwagi i obrazu. To za mało jak na taką produkcję.

    Aktorstwo, a właściwe jego brak też jest zauważalne przez widzów i wytłumaczenie w postaci konstrukcji fabuły i narracji uniemożliwiającej wykreowanie “żywych” bohaterów przyjmuję z niechęcią, bo co tu dużo mówić? Fabuła, fabułą, a dobry aktor i w kiepskim filmie kilkoma słowami jest w stanie wykreować wspaniałą postać. Przykładem na słuszność tej tezy jest postać grana (sic!) przez Zoe Saldane. Niestety, cała reszta to twór bardziej sztuczny niż obecni w filmie tubylcy, a ci z kolei ten fakt zawdzięczają stronie wizualnej filmu o której czas najwyższy “wspomnieć”…

    Powiedziałem wspomnieć? Nie! Odwołuje to! Zanim przejdę do najmocniejszej strony “Avatara”, z całą stanowczością zachęcam Was do obejrzenia tego filmu w kinie i oczywiście w “technice trójwymiarowej”. Żadne najlepsze telewizory (tym bardziej komputery) nie będą w stanie oddać tego, za co obraz Camerona nazwany został “kolejnym krokiem w kinematografii”. To już nie będzie ten sam film, uwierzcie warto…

    Do powstania takich obrazów, oprócz wysokiej klasy sprzętu (na który złośliwi mówią, że Cameron czekał 13 lat) potrzebny jest pomysł. Tego nie zabrakło twórcom. Wspaniały, niebywale kolorowy i różnorodny krajobraz Pandory. Multum form życia, tak mocno egzotycznych i silnie oddziałujących na widza. To wszystko okraszone niesamowitą ilością barw w iście epickim rozmachu. Niezwykła pomysłowość wraz z niebywale realistycznym odwzorowaniem daje nie tylko niesamowity efekt, ale wręcz sprawia, że stajemy się częścią tajemniczego ekosystemu Pandory. Wrażenia estetyczne nieprawdopodobne… I właśnie te dwa aspekty połączone w cudownie wirtuozerskim stylu sprawiły, że “Avatar” stał się częścią historii kina science fiction (i nie tylko) tuż obok takich filmów, jak “Metropolis”, “Odyseja kosmiczna” czy “Blade Runner”.

    Zdaję sobie sprawę, że ostatnie zdania mogą być pompatyczne, szczególnie jeśli uwzględni się wcześniejsze krytyczne słowa. Tylko czy wspomniane filmy nie były pozbawione wad? W każdym z tych filmów brakowało pewnych elementów, a i tak na stałe zapisały się w światowej kinematografii. W “Odysei…” świat przedstawiony pozbawiony był estetycznych walorów, z kolei w “Łowcy…” podobnie jak “Avatarze” brakowało wspaniałych kreacji aktorskich. Z tego wynika jedna banalna konkluzja, że nie ma i nie będzie obrazu perfekcyjnego… I tutaj zmierzam do sedna, gdyż każdy z tych filmów zasługuję na obejrzenie i nie inaczej jest z “Avatarem”, bo przewrotnie ujmując – w całej tej niedoskonałości tkwi niezbywalny urok filmu.

    I JESZCZE DOSŁOWNIE KILKA SŁÓW DYGRESJI…

    po części, aby Was zachęcić. Spodziewałem się “trójwymiarowości”, z którą już wcześniej miałem do czynienia, aż nagle ze zdziwieniem zobaczyłem, że Cameron zaproponował zupełnie inną technikę. Mniej “efekciarską”, bardziej subtelną, co wręcz niewyobrażalnie uzupełniło cały obraz. Koniecznie sami musicie się przekonać? Zobaczyć choćby niesamowity mariaż napisów z obrazem, który chyba w tym filmie jest pionierski.

    Swoją drogą, mało kto wspomina, ale wydaje mi się, że wytwórnie filmowe i kina, dzięki tego typu filmom, mogą odwrócić niekorzystny “trend” i przyciągnąć widzów do kin. Znowu z drugiej strony spodziewam się, że producenci sprzętu audio-wizualnego już w tej chwili przyśpieszają prace nad stworzeniem „trójwymiaru” w domowym zaciszu.

    “AVATAR” REŻ. JAMES CAMERON, DYSTRYBUCJA “IMPERIAL – CINEPIX”, 2009

    Powyższy tekst opublikowano w serwisie Filmaster pod tytułem “Avatar”.

    Filmowo

    Po długiej przerwie spowodowanej (krytycznym) nagromadzeniem zajęć postanowiłem odpocząć przy filmie. A więc repertuar kinowy w rękę i szukamy dobrego filmu… Jak się po chwili okazuje jest to wyjątkowo trudne zadanie. Zanim przejdę do nadrabiania zaległości recenzenckich i czytelniczo-blogowych, właśnie z uwagi na powyższą sytuację, chciałbym dzisiaj wspomnieć o dwóch interesujących filmach, które jak to często u nas bywa premierę będą miały w bliżej nieokreślonej przyszłości.

    Film oczekiwany od wielu miesięcy, którego premierę przesunięto o rok, nie mniej kilka tygodni temu w końcu pojawił się na ekranach kin. Ekranizacja książki nagrodzonej Pulitzerem, bardzo entuzjastycznie przyjętej zarówno przez czytelników jak i krytyków. Z filmem jest podobnie i wiele osób podkreśla jednocześnie, że jest to obraz na miarę książki, która przez wielu została uznana za jedną z najlepszych pozycji ostatnich lat. Recenzja “Drogi” lada moment pojawi się na blogu, zresztą mam nadzieję, że na recenzje filmu nie przyjdzie nam czekać za długo.

    Na marginesie: premiera filmu w Polsce zapowiadana jest na luty/marzec, a każdy kto będzie chciał się zapoznać najpierw z książką, będzie miał okazję, bo Wydawnictwo Literackie szykuje drugie (“filmowe”) wydanie “Drogi”.

    Ostatnio dużo się mówiło o panu Polańskim niestety nie w kontekście filmowym, a szkoda. Na początku przyszłego roku w kinach pojawi się jego kolejne dzieło. Tym razem będzie to ekranizacja najnowszej książki Roberta Harrisa pt. “Ghostwriter”. Thriller polityczny, czyli gatunek w którym Brytyjczyk wyśmienicie się odnajduje, a i oczywiście nazwisko Polańskiego jest wyznacznikiem, że (z bardzo dużą dozą prawdopodobieństwa) będziemy mieć do czynienia z filmem ponad przeciętnym. Zapraszam. Już wkrótce będziecie mogli przeczytać recenzje obydwóch pozycji na blogu. W przypadku książki jest to kwestia wizyty brodatego Pana w czerwonym fraku, a film ujrzy światło dzienne pod koniec lutego. Z uwagi na “naszego” reżysera i mające ostatnio miejsce “medialne show” sądzę, że na polską premierę nie będziemy musieli czekać.

    Strona 1 z 1012345...Ostatnia »